środa, 4 grudnia 2013

A Europa…

Przyznam szczerze, że reakcja tak zwanych „czynników europejskich” na nagłe zmiękczenie stanowiska władz Ukrainy w sprawie stowarzyszenia z Unią Europejską to rozczarowanie większe niż  sławny i zarazem niesławny „tłitt”  Radosława Sikorskiego. Tu od razu taka uwaga, że nazwisko naszego Ministra Spraw Zagranicznych przywołuję nie tylko z chęci dokopania mu. Choć nie ukrywam, że również, bo zasłużył na to po stokroć. Nawet w tej sprawie.
Oświadczenie pani Ashton, że o umowie nie ma co rozmawiać a jeszcze bardziej coś w rodzaju niezbyt przychylnego zdumienia na informację, że przedstawiciele rządu Ukrainy wybierają się do Brukseli (i, symultanicznie, do Moskwy) czyni uprawnionymi sugestię, że wyłączenie się naszego wschodniego sąsiada z kręgu zaplanowanych i świadomych wpływów Unii Europejskiej nie zabolało a raczej ucieszyło brukselską biurokrację.
I to już jest coś, co nie tylko nie ładnie wygląda ale staje się groźne. Bo w jakimś stopniu usuwa grunt spod nóg tym, którzy na Majdanie i w innych miejscach Kijowa nie tylko gardłują ale i bardziej czynnie optują za integracją ze zjednoczoną Europą. A bez gruntu pod stopami dużo trudniej. Teraz i na przyszłość.
To, w moim odczuciu nie tylko Polaka ale też obywatela Unii jest i niebywałe i niedopuszczalne. Jest nie tylko nieeleganckim odepchnięciem nie do końca chcianego zalotnika ale wręcz wpychaniem go w inne ramiona.
Jeśli Unia pozwoli spacyfikować Majdan, ci, którzy tam zostaną spacyfikowani najpewniej takiej Europie już nie zaufają. Jaką droga pójdą? Nie wiem. Wielu nie mają do wyboru.
I tu wróćmy do pana Sikorskiego. Kiedy wybuchł spór wokół jego dyplomatycznych kompetencji, wywołany jego durnym komunikatem w sieci a wczoraj dodatkowo podgrzany gdy Sikorski oświadczył, że przecież mówi to samo co Kliczko (nie rozumie chyba tej subtelnej różnicy ról), obrońcy szefa MSZ przywoływali rolę, jaka miał odgrywać Sikorski w sprawie „partnerstwa wschodniego” a w szczególności miejsca Ukrainy w tym projekcie. Przedstawiany był wręcz jako adwokat sprawy ukraińskiej w Brukseli.
Sposób, w jaki w sprawie ukraińskiej reaguje teraz Bruksela pozwala sądzić, że ze swej roli wywiązał się pan Sikorski tak sobie. Mówiąc baaaardzo delikatnie. Myślę, że się nasz Minister zwyczajnie pogubił. Po kilku dniach obnoszenia się ze swą dyplomacją (na obnoszeniu się ona tak naprawdę się kończyła) pan Sikorski wreszcie ruszył siedzenie z siedzenia i ruszył… Tyle, że ruszył chyba nie w tę stronę co powinien. Skoro najpierw zapewniał, że nic po nim w Kijowie, po co do tego Kijowa się udaje? Skoro miał być przewodnikiem w marszu Ukrainy na zachód, czemu nie ma go tam, gdzie, po dotarciu na zachód garstka przedstawicieli Ukrainy zastała zamknięte drzwi?
Nie wiem czy już można mówić kto z tej „rebelii Majdanu” wyjdzie zwycięsko. Pewnie do końca nikt. Trochę ugrali ci, co stali tam, na tym podwyższeniu przemawiając do tłumów. To jakoś tam w przyszłości musi zaprocentować. Ostał się Janukowycz i większość jego podręcznych wzmocniona smutną prawdą, że „żadnych złudzeń panowie” i tym, że Gazpromowi jakby nieco rura zmiękła. Wygrał Putin choć pewnie jeszcze nie przestał czuć nieprzyjemnego mrowienia. Wygrał Kaczyński, którego zdjęcie z Majdanu można było oglądać w zestawieniu z Tuskiem układającym klocki.
Trudno powiedzieć, ze wygrała Unia, która pokazała, że w mniejszym stopniu wie czego chce niż Janukowycz, Putin, ktokolwiek.




wtorek, 3 grudnia 2013

Nie pojedziemy do Soczi



Kiedy dziś przez media przemknęła pogłoska, ze Rosjanie mogą wkroczyć zbrojnie na Krym, przyznam, że nie umiałem sensowni przejść nad tym do porządku. Chyba w ogóle trudno byłoby komukolwiek  w 2013 r. przejść do porządku nad możliwością wkroczenia wojsk radz… rosyjskich gdziekolwiek.
Być może takie scenariusze pojawiły się, bo najpierw „beton” z lokalnego, krymskiego parlamentu zaapelował do Janukowycza by był on twardy i gotów do stosowania „wszelkich środków koniecznych do przywrócenia porządku publicznego” łącznie z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a niedługo po tym jeden renegat z Sewastopola wprost i na piśmie zwrócił się do Putina o „bratnią pomoc”.
Pierwsze z pytań, jakie nasuwają się w związku z tą plotką i z tym, że renegatów, „betonu” oraz mieszanek jednego z drugim na Ukrainie bez wątpienia nie brakuje jest takie czy w 2013 r. możliwa jest „bratnia pomoc” w takiej formie, jakiej ów zdrajca z Sewastopola sobie by życzył.
Odpowiedź na nie jest mocno związana z odpowiedzią na pytanie co stałoby się, gdyby ruskie tanki zanurzyły gąsienice w piasku odeskich plaż. Czy przyszłoby Władimirowi Władimirowiczowi Putinowi zapłacić czymś więcej niż tylko koniecznością rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen?
Oczywiście najfajniejszą odpowiedzią powinno być, że dwie godziny później ruscy ambasadorowie w Waszyngtonie, Londynie, Pekinie, Berlinie, Tokio odbiorą listy z ultimatum rządów rezydujących w tych stolicach pod adresem tego z Kremla a dwa dni później na tanki z odeskich plaż spadnie ogień z aeroplanów.
Tyle, że od wielu, bardzo wielu dziesiątek lat wiemy, że o ile ruskim tankom niewiele potrzeba, aeroplany z zachodu w swych instrukcjach obsługi mają różne bezpieczniki, które ich startu nie przyspieszają. Najskuteczniejszy to „polityczny realizm” sprowadzający się do pytania „czy nam się to opłaca?”
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie.
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie odeski piasek może wydać się całkowicie nieistotny. I absolutnie nie wart ruszania obrosłych dobrobytem tyłków z ciepłych, grzanych ruskim gazem mieszkań przy Piccadilly, Piazza Venezia, Friedrichstraße . Może okazać się, że jedyne, co spotkałoby Putina to faktycznie dyskomfort rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen. I jeszcze to, że Nikita Michałkow na jakiś czas mógłby stracić szansę odebrania kolejnego Oscara.
Kto czytał „Drugi najazd Marsjan”  Arkadego i Borysa Strugackich, pamięta pewnie dialog narratora tej mikropowieści, emerytowanego prowincjonalnego nauczyciela Apollina z zięciem, Charonem, byłym bo przegranym członkiem ruchu oporu przeciwko Marsjanom, którzy zajęli ziemię by od jej mieszkańców pozyskiwać soki żołądkowe. Zacytuję najciekawszy fragment monologu oportunisty z dramatyczną puentą.
„Charonie — powiedziałem z wielka łagodnością — chłopcze mój! Postaraj się  choćby na chwilę zejść z obłoków na tę grzeszną ziemię. Postaraj się zrozumieć, że najbardziej ze wszystkiego na świecie potrzebny jest człowiekowi spokój i pewność jutra. Przecież nie stało się nic strasznego. Mówisz, że człowiek zamieni się teraz w fabrykę soków żołądkowych. To tylko czysty werbalizm, Charonie. W rzeczywistości zaszło cos wręcz przeciwnego. Człowiek w nowych warunkach egzystencji znalazł świetny sposób wykorzystania swych rezerw fizjologicznych, aby umocnić swoją sytuacje w świecie. Nazywacie niewolnictwem coś, co każdy rozumny człowiek uważa za normalną transakcję handlową, która winna przynosić wzajemne korzyści.”
Mottem tej mikropowieści jest coś w rodzaju westchnienia autorów. „Ach, ten przeklęty konformistyczny świat”. Nic nie wskazuje, by to się zmieniło.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rada Bezpieczeństwa czyli na zachodzie bez zmian



Po krótkiej chwili bujania w oparach „interesu narodowego” wracamy w stare koleiny.

Kiedy pojawiła się zapowiedź organizacji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego pomyślałem, że, nie daj Bóg, Jarosław Kaczyński  zignoruje zaproszenie i po „jednym głosie w sprawie Ukrainy” pozostaną tylko strzępki wspomnień. No i Jarosław Kaczyński zignorował.  Oczywiście to jest przejaw małostkowości  trudny do zaakceptowania u polityka w takich okolicznościach, z którymi mamy do czynienia. Jednak da się zrozumieć konsekwencję, z jaką Kaczyński  odmawia zasiadania z niektórymi politykami przy wspólnym stole. W końcu politycy, choć powinni mieć grubą skórę, są tylko ludźmi. I na dobrą sprawę dobrze, że są.

Małostkowością, której tak, jak tej Prezesa nie da się wytłumaczyć niezaleczoną trauma i żalem, było odmówienie udziału w posiedzeniu Rady politykowi wysłanemu przez Kaczyńskiego. Mającemu do przekazania informacje, które bez wątpienia bardziej były owej radzie przydatne niż obecność niektórych wpuszczonych. Ja wiem, że na samą myśl o Ryszardzie Czarneckim niektórych świerzbią języki by zakrzyknąć „jaki tam polityk?”. Zapewniam że może i nie lepszy ale też nie gorszy od reszty składu. Tego wpuszczonego. Niżej dam tego dowód.

Ja oczywiście wiem, że to posiedzenie miało charakter pokazowy, że prochu nie było wstanie wymyślić ani też nie miało do tego prerogatywy. I z tego właśnie powodu ta małostkowość mnie oburza bo nikt nie raczył nawet wyjaśnić, czemu nie wpuszczono. Szukam jakiegoś słowa tu i tam ale główne środki przekazu milczą na ten temat. Chodziło o to by pokazać… no właśnie, co? Byłbym przekonany, że ów „wspólny głos”.

Znów ktoś pewnie powie coś o Czarneckim i jego kompetencjach. O kompetencjach w kontekście Ukrainy i BBN-u chyba lepiej w ogóle nie mówić. Jadąc dziś z pracy słuchałem w III Programie rozmowy z głównym doradcą Prezydenta do spraw międzynarodowych, panem Kuźniarem. Nie streszczę tej rozmowy bo straciłem zdolność percepcji gdy pan Kuźniar zapewnił, iż Janukowycz na pewno nie wiedział o interwencji milicji na Majdanie a później podjechał maksymalnie klarując, że „w sumie dobrze się stało że użyto siły na Majdanie bo…”

Po czymś takim byłem w stanie myśleć o tym jeno, że dla odmiany w sumie źle się stało, że ktoś taki ma cokolwiek do powiedzenia w sprawie naszej polityki zagranicznej. Nie mam pojęcia czy ktoś nie powinien od czasu do czasu wobec pana Kuźniara i jego specyficznego utylitaryzmu „w sumie użyć siły”. Może dobrze by mu to zrobiło. Jak, nie przymierzając, bitym na Majdanie.

To powyżej uprawnia mnie by twierdzić, że Czarnecki nawet w najgorszej formie nie byłby w stanie zepsuć efektów dzisiejszej Rady Bezpieczeństwa. Jego wyrzucenie za drzwi bez wątpienia wrażenie zepsuło.

Jednym słowem razem to możemy być na Majdanie w Kijowie. Nie pierwszy raz przecież. Im dalej na zachód tym trudniej. Jak na razie bez zmian.

„Demokracja, znaczy wolno…”



W czasach kiedy jeszcze czytałem Korwina i uważałem go za politycznego mentora (iluż wspaniałych ludzi on wychował :), miał on w zwyczaju używać ciekawego objaśnienia terminu demokracja. „Demokracja, znaczy wolno kraść” zwykł powtarzać.
Ta specyficzna definicja przypomina mi się gdy czytam wyjaśnienia prokuratora, który zdecydował nie wszczynać postępowania wyjaśniającego w sprawie napędzania (w szerokim i rozmaitym rozumieniu tego słowa) zwolenników panu Protasiewiczowi podczas ostatnich regionalnych wyborów.
W ocenie prokuratora „pomoc w uzyskaniu stanowiska w radach nadzorczych spółek KGHM” oraz  lepsze miejsca na listach wyborczych oraz stanowiska w zamian za oddanie głosu” nie wyczerpują znamion przestępstwa. Wynika to, jak uznał prokurator, z faktu, że „nie możemy (to znaczy prokuratorzy nie mogą- uwaga moja) uznać KGHM za podmiot, w którym sprawca przestępstwa płatnej protekcji może powoływać się na wpływy”. Czemu nie mogą skoro się powołują to wie tylko sam prokurator. Tym bardziej dziwi to jego przekonanie że „nie mogą” w zestawieniu z informacją, że jak już się powołali na wpływy, to zaraz z tego KGHM był telefon. No ale jednak prokuratorzy nie mogą uznać… Może ktoś im nie pozwala? Poza tym „działania Norberta Wojnarowskiego i Michała Jarosa podejmowane były w ramach wyborów wewnątrzpartyjnych. Ich zachowania nie miały charakteru władczych działań funkcjonariuszy publicznych, a tym samym nie przekroczyli oni swych uprawnień […] Nie mogliśmy też zakwalifikować zachowań Wojnarowskiego, Jarosa, Borkowskiego, Protasiewicza i Kardeli jako przyjmowania korzyści majątkowej lub obietnicy jej udzielenia”. Pewnie prokurator by mógł dopiero wtedy, jakby wspomniani panowie przynieśli tę obiecaną posadę w jakim woreczku i ją fizycznie dali kuszonemu. I jeszcze by odciski palców zostawili a on by je pieczołowicie zdjął.
Decyzja prokuratora, który dostał dowody na tacy i jego rolą było tylko skupienie się nad nimi i wnikliwa ocena, zachwyca przede wszystkim finezją uzasadnienia. Bardziej pasuje ono oczywiście do mowy obrończej jakiegoś wynajętego przez wspomnianych panów adwokata. I rozszerza korwinową definicję demokracji.
W tej sprawie najbardziej groteskowa jest reakcja jednego z bardzo zainteresowanych wspomnianą decyzją o nie wszczynaniu.
Pan poseł Michał Jaros oświadczył z ulgą miedzy innymi „Mogę teraz w pełni wrócić do moich obowiązków. W najbliższych dniach chcę się skupić na wsparciu opozycji na Ukrainie.”
Mnie szczególnie zainteresowało to ostanie zdanie.  Jeśli je zestawić z tym, dzięki czemu poseł Jaros dal się poznać szerzej (czy tam w ogóle) opinii publicznej i z głośną ostatnio opinią pana Radosława Sikorskiego o specyfice Ukrainy, rzec można, że wreszcie właściwy człowiek na właściwym miejscu.

niedziela, 1 grudnia 2013

„Tłit” Premiera i „mocne słowa” Kaczyńskiego



Po powrocie ze spaceru rzuciłem się na media elektroniczne, oczywiście głownie te mainstreamowe bo przy ich możliwościach liczyłem na opis zdarzeń „w czasie rzeczywistym”. Oczywiście chciałem zobaczyć jak mają się sprawy w Kijowie, na Majdanie. Nie ukrywam, że interesowałem się także przebiegiem wizyty Jarosława Kaczyńskiego. Problem w tym że w tej chwili w głównej telewizji informacyjnej czyli TVN-e zrobiło się dość zabawnie. O ile w relacjach Kaczyński jest pokazywany podczas rozmowy z dziennikarzami (o tym kolega Cleofas opowiada na „górce”), na pasku TVN cytuje fragment „tłita” premiera Tuska, w którym dziękuje on Jarosławowi Kaczyńskiemu za „mocne słowa”.

Zestawiają oba te fragmenty można odnieść wrażenie, że Tusk dziękuje Kaczyńskiemu za bezlitosną ocenę Sikorskiego, którego w Kijowie nie ma.

Ja rozumiem, że decyzja Kaczyńskiego to kłopot nie tylko dla władzy w Warszawie ale też dla popierających ją mediów. Rozumiem, że TVN nie pokazała Kaczyńskiego na Majdanie bo nie chciała. Michnika pod ukraińską ambasadą przed chwilą pokazała bo chciała. To taka uwaga na temat chęci ale i możliwości. W Kijowie jest ekipa i pokazuje co chce. Ja to rozumiem bo cała prawda całą dobę ale biznes jest biznes. Dzięki temu biznesowi dowiedziałem się, że w Kijowie jest Protasiewicz i, tak to wygląda z perspektywy Wiertniczej, jest tam pierwszoplanową postacią.

Jednak takie kombinowanie prowadzi właśnie do takich śmiesznostek jak ten TVN-owski zestaw. W którym Tusk jakby zgadza się z Kaczyńskim że Sikorski powinien zająć się czymś innym niż się zajmuje.

Swoją drogą ciekawe jak na „tłit” Tuska zareaguje ta część sieciowych komentatorów (spora), która z zapałem pluła i ciągle jeszcze pluje na Kaczyńskiego. Uczciwość nakazywałaby teraz zacząć pluć też na Tuska.

wyborcza.pl publikuje zdjęcie. Nie wklejam bo mnie "agencja.gazeta" ścignie. Wklejam link: http://bi.gazeta.pl/im/53/b9/e5/z15055187AA.jpg