czwartek, 14 listopada 2013

Niepodległość 11.13 (gracze albo idioci)



„…robienie z tego narodowej tragedii dlatego,
że spłonął łuk na pl. Zbawiciela,
uważam troszeczkę za przesadę.”*
Minister Bartłomiej Sienkiewicz, 14.11.2013 r.


Poniższy bilans ostatnich dni spisuję zainspirowany sporem, w jaki na „fejsie” wdał się Czarek Krysztopa, który zauważył, że przed podpaleniem „tęczy” na Placu Zbawiciela  warowała ekipa z gazeta.pl. Twierdził, że to dziwne ale został zakrzyczany przez tłum lemingów, którzy twierdzili, że na długo przed Dniem Niepodległości wiedzieli, iż łuk stanie w płomieniach. Że nic z tym nie zrobili to inna sprawa, czyniąca z nich być może wspólników sprawcy.
Zanim przejdę do zasadniczej części muszę ustalić najważniejsze. To mianowicie o czym świadczy fakt przeoczenia przez Ministra Spraw Wewnętrznych, Komendanta Głównego Policji, Komendanta Wojewódzkiego i Komendanta Miejskiego tego, co nie uszło uwadze stada może i rozgarniętych lemingów ale jednak nie na tyle rozgarniętych by z nich porobić fisze odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo. Może szkoda…
Możliwości są dwie. Albo mamy do czynienia z niebezpiecznymi graczami, którzy postanowili zagrać bardzo ryzykownie i przegrali czy z idiotami, których intelektualnie przerasta nawet leminża gówniarzeria.
Z dwojga złego wolałbym jednak tych cwaniaków bo przy ich całej złowrogości racjonalność, jaką się muszą kierować stanowi mniejsze zagrożenie niż nieobliczalność idioty.
Zatem przyjmuję, że mieliśmy do czynienia faktycznie z nieudaną ustawką o bardzo wysokiej stawce a nie z paroksyzmem niekompetencji stada głupków na eksponowanych stanowiskach.
Przytoczony na samym początku, jako motto tekstu, cytat z pana Sienkiewicza jednoznacznie sprawy nie wyjaśnia. Wręcz przeciwnie, brzmi jak sławetne „to nie moja ręka”. Jednak akurat sytuacja pana Sienkiewicza jest na tyle specjalna, że w jego przypadku łatwo można założyć, że ta gra trwa nadal.
Jednak mimo wszystko zestawienie jego „robienie z tego narodowej tragedii […] uważam troszeczkę za przesadę” stoi w jawnej sprzeczności do tej „płonącej Warszawy” z poniedziałkowych przekazów. A ta sprzeczność każe przypuszczać, że Warszawa „płonąć” zaczęła sporo wcześniej przed tym, zanim ruszył marsz Niepodległości. Zaczęła płonąć w niektórych newsroomach i, można powiedzieć że jeszcze nie dogasła. Niejako bez związku z tą „troszeczką przesady”
To zaś świadczy o czymś wręcz przeciwnym od twierdzeń, że rzecz cała była przygotowana nieudolnie i została spartaczona. To mógł być naprawdę majstersztyk. Że nie był zadecydowały dwa elementy. A w zasadzie półtora. Przede wszystkim to, że podjęto ryzyko zagrania na melodię rosyjską i ona zdominowała cały koncert. I to w sposób, który pokazuje naszą władzę tańczącą w rytm tej melodii, ale zapodawanej już z Moskwy. W taki rtym, za którym ciężko nadążyć. Co ciekawe ten wątek, nieobecny w zasadniczym scenariuszu ma szansę stać się najgłośniejszym w całej historii. W sposób, jakiego autorzy scenariusza nie tylko nie zakładali ale chyba bardzo nie chcieli. W zasadzie brak tu tylko kolejnego „izwinitie” w wykonaniu pana Grasia.
Ten drugi a w zasadzie ta wspomniana połówka (na więcej nie zasługuje) to pan Sienkiewicz. Doprawdy nie pojmuje czemu Tusk z takim zacięciem bronie ewidentnie najsłabszego ogniwa całej tej gry?. Przytoczone na początku słowa, stojące w zdecydowanej sprzeczności z konsekwentnym stanowiskiem Tuska, który dziś ponownie twardo syczał o „skutkach budowania atmosfery przyzwolenia” dla działań środowisk kibolskich, pokazują, że minister po prostu „spękał” i najchętniej pytałby „Rozruchy? Jakie rozruchy?” opuszczony przez wszystkich poza Tuskiem, z którym jadą jednym wózkiem. Mądry choć na tyle by wiedzieć, ze z tego wózka zostanie wykopany w tej samej chwili, w której wyda się brzemieniem. To, że wie jest jedynym, co dobrze o nim świadczy. Cała reszta to już tylko powszechnie wykpiwane „Idziemy po was”.
To, że cała sprawa stała się niespodziewanie „rosyjską ruletką” okazało się faktem naprawdę szczęśliwym. Wartym tego wstydu, który co niektórzy właśnie odczuwają gdy „cały świat” na przemian śmieje się z nas i prycha oburzony. Jakby nic ciekawszego do roboty nie miał. Szczęśliwy dlatego, że pokazuje jacy są naprawdę ci, którzy zamierzali najpewniej przekonać nas że Kaczyński stoi u wrót Kremla i drapie się po łapach, które go swędzą by zacząć rozróbę. Są chłopczykami, którzy wobec zagrożenia potrafią tylko ścisnąć zwieracze by się spektakularnie nie ze….
Czemu więc służyć miała ofiara tej budki? Nie wiem. Do takiego numeru to trzeba mieć jaja.


środa, 13 listopada 2013

Dwóch panów w łódce i znicze pod tęczą

Obcowanie z tak zwanym przekazem medialnym, dotyczącym „zniszczeń po zamieszkach” przypomniało mi scenkę z początków telewizyjnej kariery pewnego dziennikarskiego meteoru, który, nim zniknął, zdążył jednak wywalczyć niechlubny tytuł „hieny roku”. Ów wówczas reporter jednego z ośrodków lokalnych publicznej telewizji łasy był na wszelkie materiały, które miały szansę przebić się do wydań krajowych. Bo z tym wiązała się kasa i szansa na ogólnopolska karierę A że na prowincji o takie tematy trudno, trzeba było nie raz jeden ruszać głową. Kiedy więc przez Polskę przechodziła któraś kolejna fala powodziowa, cały kraj mógł oglądać jego relacje wprost z łódki zakotwiczonej wśród domów zalanych po sam dach. Zajmował w tej łodzi miejsce mając u boku brygadiera straży pożarnej, który z jakąś zażenowaną miną odpowiadał półsłówkami na zadawane dramatycznym tonem pytania. Jedna z relacji zakończona została komunikatem „mamy informację, że woda właśnie przerwała wał”. Po czasie okazało się, że żadna woda żadnego wału nie przerwała a ta łódka pływała po zalewanych rok rocznie ogródkach działkowych zaś wspomniane wcześniej dachy były dachami ogródkowych altanek. Zażenowanie brygadiera było absolutnie nieprzypadkowe.
Dokładnie czymś takim była linkowana wczoraj galeria zdjęć zniszczeń z Onetu* albo oglądana dzisiaj „pętla obrazków” sklejonych przez TVN24 i także pokazujących owe zniszczenia. Brak mi w tym tylko tego brygadiera.
Ja oczywiście rozumiem, że po ogłoszeniu, iż „Warszawa płonie” trzeba teraz te zdjęcia zapętlać i obfotografować ukruszony krawężnik z sześciu miejsc ale sugerowanie, że to efekt bytności w Warszawie dziesiątek tysięcy „rozwydrzonych nacjonalistów” to chyba przesada. Przynajmniej jeśli chce się usilnie z tych „tysięcy nacjonalistów” zrobić  bydło we wściekłym amoku. Bo trudno taki obrazek obronić pokazując skutki, które byłby w stanie spowodować sam jeden lekko nietrzeźwy kierowca tracąc panowanie nad autem albo klasa gimnazjalistów w „dzień wagarowicza” po dwóch piwach. Po kilkudziesięciu tysiącach nacjonalistów w lekkim choćby stanie amoku powinna tam zostać dziura w ziemi na ładnych kilkanaście metrów.
Nie wiem czy przekaz medialny przekona obywateli, że faktycznie Warszawa spłonęła. Szczególnie warszawiaków. Nie wiem czy  przekona o roli Jarosława Kaczyńskiego w tym podpaleniu choć usilnie się stara. Nie wiem bo i media i, zdecydowanie bardziej ich konsumenci potrafią już nie tylko zaskoczyć ale wręcz wprawić w zdumienie.
Kiedy odkryłem na stronie „Wyborczej” krótką galerię zdjęć Warszawiaków wplatających w spaloną tęczę żywe kwiaty** i powiedziałem o tym Kobiecie Mojej Kochanej, ta zapytała, czy palą też pod nią znicze. I wtedy przyszła mi do głowy znana prawda, że jeśli Bóg chce kogoś ukarać, odbiera mu rozum. Tylko tak skomentować można moment, w którym najbardziej radykalna  część stołecznych lemingów doczekała się własnego „krzyża na Krakowskim”. Dokładnie takiego, na jaki zasługują. Historia naznaczona tragedią powtarza się jako farsa. W której konsekwentna sprzątaczka tulipanów i parafiny sprzed miesięcy odegra całkiem inną rolę. Wartą, jak się szacuje, jakieś siedemdziesiąt tysięcy.
Oczywiście ja rozumiem, że chodzą po świecie tacy, dla których ta tęcza to taka „kurtka ze skóry węża, symbol mojej indywidualności i wiary w wolność jednostki”*** W jakiś tam sposób nawet im współczuję straty.  Potrafię też pojąc, że pani Edyta Górniak znów nie mogła spać. Jak pani Edyta spać nie może to serce mi krwawi. Ale nie potrafię równocześnie jakoś powstrzymać się od kpiny pytając gdzie są znicze i kwiaty dla budki i czy godzi się tak ją pomijać w tej żałobie.
Mały ze mnie człowiek…


*** Sailor Ripley z „Dzikości serca” Lyncha.

wtorek, 12 listopada 2013

Ojczyznę wolną racz nam wrócić…



Przypadkiem zupełnym na spacer po Warszawie z Kobietą Moją Kochaną wybraliśmy się wczoraj ulicami, którymi w znacznej części przebiegać miała później trasa marszu. Nie, nie tego złego. Tego, w którym było tak radośnie i o którym jeden z jego uczestników, pan Zbigniew Janas, były bohater solidarnościowej opozycji, opowiadał u pani Gozdyry wieczorową porą  zaznaczając, że imprezy tej nikt nie musiał pilnować i ochraniać. Gdyby tak nie powiedział, pewnie w ogóle bym o tym i żadnym innym marszu nie pisał.
Wysiedliśmy więc na Rondzie de Gaulle’a bo KMK chciała dłuższym spacerkiem pójść do Łazienek. Najpierw obejrzeliśmy sobie przez szybę wystawę salonu firmowego Ferrari, co to ulokowany jest na parterze bywszego „Domu Partii”, dając najlepsze świadectwo temu, jak ta nasza transformacja przebiegła i dokąd nas zaprowadziła. Jednych za kierownice ferrari a innych za szybę luksusowych salonów.
Dalej już wystaw nie oglądaliśmy prawie bo zafascynowało nas co innego, rzadszego w tym miejscu na co dzień. W sensie bywania a nie liczby wówczas, gdy na to patrzyłem. Chodzi mi o funkcjonariuszy służb mundurowych przeróżnych, którzy rozstawieni byli wzdłuż całej trasy naszego spaceru a więc i radosnego marszu Pana Prezydenta. Ilość ich, jak zgaduję, przewyższała znacznie liczbę wszystkich ferrari, jakie kiedykolwiek zostawiły ślad na warszawskim bruku. Policjanci, miejscy strażnicy i wojskowi żandarmi stali w grupach po dwóch, trzech, oddalonych od siebie co kilkanaście metrów. Stali przy każdym przejściu przez ulicę, przy każdym wyjściu z podziemnych przejść.
Kiedy się przyjrzałem, zobaczyłem, że dość dyskretnie ale widocznie poupychane były w pobliżu trasy policyjne czy żandarmskie auta, które te wszystkie mundury musiały tam wcześniej zwieźć. Nawet kiedy zaciągnąłem KMK do „Cafe Rozdroże”, już w przedsionku spotkaliśmy trzech miejskich strażników a kiedy popijaliśmy kawą pyszne W-Z-ki lokal odwiedziło co najmniej czterech, pięciu żołnierzy żandarmerii wojskowej. Jedli, pili i czekali.
„Czego się tak boicie?” – zapytałem w duchu tych, którzy sobie tych wszystkich wojaków pozwozili w takiej liczbie. Tym bardziej pytam pana Janasa, co opowiada, że nie było trzeba.
Drugie pytanie zadałem im, gdyśmy wracali. Wtedy do tych mundurów, widzianych wcześniej dołączył widok pojawiających się co i rusz i znikających pędem konduktów samochodów na sygnale. Głownie policyjnych. Jechały szybko, na sygnale sznurami i wyglądało to tak, jakby ktoś potężny w węża właśnie sobie pogrywał. Może to przesada ale wtedy głowę bym dał, że z pięciu mijanych wtedy samochodów aż trzy pędziły w takich właśnie konduktach.

 „Na kogo to wszystko?” – zapytałem wtedy.
Całość sprawiała wrażenie, jakbym znalazł się nieznanym mi sposobem w środku jakiegoś kieszonkowego stanu wojennego, w którym władza znów potrzebuje pałek, gazów a może i czegoś mocniejszego by prowadzić dialog z obywatelami. Pachniało wojną. Nie inaczej.
Kiedy widzi się coś takiego w samym środku dnia jak ten, w samym środku kraju, w samym sercu jego stolicy, trudno mieć wątpliwości co do tego, jak to się skończy.
„Z szaconkiem, bo się może skończyć źle…”
Kiedy widzi się coś takiego łatwo odczuć lęk. A jeśli jest się na niego odpornym, łatwo wpaść we wściekłość.
gdy wyjeżdżałem z Warszawy, marsz dopiero ruszał. Jeszcze w pociągu dostałem od KMK wiadomość, że spłonęła tęcza. W domu włączyłem więc telewizor i od razu natknąłem się na panią Gozyrę sekundującą starciu pana Janasa z Marianem Kowalskim, jednym z liderów środowisk narodowych i organizatora marszu. Na żółtym pasku przeczytałem „Bilans zamieszek: spalona tęcza na Placu Zbawiciela i budka przy ambasadzie Rosji.” Nie zmyślam. Taki był bilans tych rozruchów. Dziś w Onecie oglądam „dokumentację fotograficzną, pokazującą po kilka, kilkanaście ujęć z trzech miejsc.*  Przez miasto przeszło ponoć kilkadziesiąt tysięcy „nazioli” a nie było gdzie robić zdjęć…
A dziś od rana na zmianę pan Kuźniar w TVN-ie opisując barbarzyństwo zaciskał zęby, by obok naturalnych dla niego złośliwości nie wykrzyczeć, że strzelać było trzeba i specjaliści zastanawiali się nad zdarzeniami „stającymi się powoli tradycją”. A ja czekałem kiedy któryś z nich połączy tę tradycję z władza, za której się ona urodziła i rośnie, rośnie…
Niemal wzruszył mnie mocno smutny pan Tusk, gdy zrzucał winę na Kaczyńskiego a w rzeczywistości zdawał się mieć do niego pretensję o to, że tamten samego go zostawił z tą płonącą ambasadą, płonącym totemem i całą resztą. Koledzy tak nie robią. Koledzy robią tak, jak robią koledzy z Dumy, ochoczo obwiniając za Tuskiem Kaczyńskiego**
I nikt też nie zapytał gdzie do cholery pojechały te wszystkie samochody na sygnale, które ja widziałem skoro nie było ich akurat w jednym najoczywistszym miejscu na całej trasie. Kto się w tego węża bawił tak po amatorsku? I czy aby na pewno?


czwartek, 7 listopada 2013

Obywatelskość



Przyznam, że nie pojmuje postępowania polityków a już zwłaszcza politycznych komentatorów, związanych z Platformą Obywatelską w sprawie postulowanego przez milion obywateli referendum. Ktoś zapyta kimże są ci „polityczni komentatorzy, związani z Platformą Obywatelską”. Na ten przykład choćby dziennikarka szanowana, która publicznie zapytuje czy „robić referendum bo zebrano milion podpisów?” i zaraz sam odpowiada, że to „głupi pomysł”.* Głupie jest nazywanie głupim czegoś, co mądre było jak pasowało a nie jest jak nie pasuje. Tyle o pani dziennikarce.
Zastanawia mnie brak zimnej krwi polityków a już zwłaszcza politycznych komentatorów, związanych z Platformą Obywatelską. Jak wiadomo aby to i każde inne ogólnopolskie referendum mogło być uznane za ważne, konieczna jest frekwencja na poziomie ponad 50% uprawnionych. Po latach „dopieszczania” obywatelskości przez Platformę (nomen omen) Obywatelską jest to pułap kosmiczny. I myślę, że poziom zohydzenia nam demokracji i poczucia bycia obywatelem przez tąż Platformę wyklucza aktywność obywateli we wspomnianej postaci w każdej sprawie poza jedną. Gdyby ktoś zorganizował referendum mające odpowiedzieć czy Donald Tusk ma publicznie dostać na gołą i ma to być transmitowane przez TVP, ów pułap by pękł bez trudu.
Prawdę mówiąc jedyna nadzieja w tym, że durne wypowiedzi ludzi PO i pod PO podczepionych wywołają odruch przekory. Na to PO usilnie zresztą pracuje. Bodaj wczoraj w radiowej „trójce” jedna z posłanek PO starła się z reprezentantką stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców. Ciepłym i spokojnym głosem przekonywała, że wszystko jest OK, że warunki przygotowano cieplarniane, że w ten sposób stwarza się maluchom szansę. I tak prawie uśpiła moja czujność ale w pewnym momencie podsumowała ten swój miód na moje uszy stwierdzeniem, że „w ogóle nie rozumie czemu w tej sprawie mieliby się wypowiadać wszyscy, także i ci, których trudno uznać za bezpośrednio zainteresowanych bo nie maja ani już raczej mieć nie będą 5 i 6- latków, mających iść teraz czy za jakiś czas ciupasem do szkoły. „Oż ty bździagwo!” zaryczało coś we mnie. Bo tak, jak pani nie rozumie, tak samo pewnie myśli, że ona to ma kompetencje by się nawet w sprawie lotów kosmicznych wypowiadać i operacji na mózgu otwartym.  Ja natomiast nie rozumiem, czemu to akurat mają się w tej sprawie wypowiadać posłowie, z których część również trudno uznać za bezpośrednio zainteresowanych bo nie maja ani już raczej mieć nie będą 5 i 6- latków, mających iść teraz czy za jakiś czas ciupasem do szkoły. Oczywiście ja łapię, że wedle owej pani jak kto dostanie już do łapy poselską legitymację to spływa na niego iluminacja, pozwalająca na poznanie wszechrzeczy. I nawet jak kto jest hydraulikiem to w sprawie podboju kosmosu wypowiadać się może. I wie jak mózg zoperować.
Tak, od dawna uważam, za największą wadę demokracji to, że my, obywatele nie mamy nic przeciwko temu by nam życie organizowali tacy, którym byśmy za nic pralki naprawić nie dali, samochodu od nich nie kupili ani dziecka popilnować nie pozwolili.
Idąc tokiem (hehe…) myślenia pani posłanki, niech w sejmie nad sprawą referendum głosują tylko ci, co obecnie albo w jakiejś perspektywie bezpośrednio będą dotknięci kwestią posyłania 5 i 6-latków obowiązkowo do „systemu edukacji” i ci, którzy bez wątpliwości udowodnią, że swój wybór zawdzięczają takim, którzy w tej właśnie sprawie są bezpośrednio zainteresowani.
Najsmutniejsze zaś jest to, że gdzieś w tle całej tej pseudo (za sprawą pojmowania pojęcia „obywatelskości przez PO) dyskusji o bezsporności i zakresie czynienia dobrze mocno zaawansowanym nielatom przez państwo bez ogródek mówi się, że chodzi przede wszystkim o szybsze wepchnięcie tej dziatwy, jak już się w tej szkole od wczesnego dzieciństwa pomęczy, na rynek pracy by szybciej łatała dziurę w ZUS-ie, którzy wszak jest najbardziej zaawansowaną formą troski o przyszłość wysłużonych już pokoleń.
Jednym słowem stwarzamy szansę, by nasi milusińscy mieli możliwość sprzątania tego burdelu, w którym właśnie pakuje ponoć walizki pan Rostowski. A to już nie tylko niemoralne ale wręcz niedopuszczalne.

wtorek, 5 listopada 2013

Sprawy wewnętrzne



Obejrzałem dziś, skoro świt, powtórkę wczorajszego starcia pani Moniki Olejnik z panem Sienkiewiczem, Ministrem Spraw Wewnętrznych. Była to rozmowa bulwersująca z dwóch powodów. A może i z trzech ale tylko pod warunkiem że jeszcze kogokolwiek bulwersuje to, że PO i środowiska „okołoplatformiane” (a doi nich zalicza się pan Minister nie będąc członkiem wspomnianej partii) nie widzą nic zdrożnego w tym, że sobie tu i tam politycy PO kupują stanowiska „baronów” za Polską Miedź. Mnie nie bulwersuje. Od czasu Mira, Grzecha, Zbycha i Rycha uważam to wręcz za element etosu tej partii. Wróćmy więc do tego, co mnie zbulwersowało.
Zaczęło się od sprawy Wiplera. W tej kwestii tak zwana narracja pana Ministra sprowadzała się do tego, że wszystko przez Wiplera bo… nie pokazał w stosownym czasie poselskiej legitymacji. Jakby pokazał, nic by się, Polacy, nie stało. A policjanci przecież nie znają na pamięć wszystkich posłów! Jako obywatel, którego „spraw wewnętrznych” strzeże ów pan Sienkiewicz, pojąłem, że aby nie dostać po ryju od policjantów, trzeba mieć poselską legitymację. Albo być znanym przez policjantów. Inaczej sam sobie byłbym winien. Dziękuję panu Ministrowi od moich spraw wewnętrznych za szczerość.
Sprawa Wiplera, jak nas, obywateli zapewniali ci, co rzecz mieli wyjaśnić, prosta i oczywista, powoli zaczyna się wikłać. I trudno na to wikłanie patrzeć inaczej niż przez pryzmat bądź to nieudolności prokuratury i policji bądź też ich nie do końca pełną szczerość. Jak wiadomo było dotąd, Wipler rzucił się na siły porządkowe, skopał je, opluł, zwyzywał a wówczas one, po oddaniu 1356 strzałów ostrzegawczych obezwładniły posła. I wszystko jest na filmie.
Pozostaje tylko zapytać na co, mając ten film i te, ponoć „nie pozostawiające wątpliwości” zeznania świadków, czeka prokurator, pozwalając by się nam polityka psuła ponad wszelką miarę? Choć zdaje się, że bardziej jej zepsuć już się nie da.  Jedyne, co mi przychodzi do głowy to jakaś nie do końca zdrowa satysfakcja, którą odczują funkcjonariusze i prokurator jak już po sto szóstym zapewnieniu Wiplera, że jest niewinny, wreszcie puszczą filmik chichocąc przy tym na samą myśl o winie pana Przemysława. Tyle, że ze sprawiedliwością i porządkiem nie będzie to miało nic wspólnego.
Drugi powód mego zbulwersowania to już absolutne kuriozum. Jak już pan Minister przestał zachwalać moc poselskiej legitymacji i tłumaczyć pamięć funkcjonariuszy ograniczoną tylko do niektórych posłów, gospodyni programu, pani Olejnik przeszła do tematu zbliżającego się Marszu Niepodległości. Zapytała Ministra co sądzi on o stawianych rządowi zarzutach dotyczących zamiaru wyprowadzenia w tym dniu na ulice wojska. Na to, nie zmyślam wcale, pan minister z uśmiechem sięgnął za pazuchę i wyjął kartkę. Z niej zaś odczytał, że za rządów PiS wojsko wyprowadzano na ulicę pięć razy w tym dwa razy za Marcinkiewicza a cztery za Kaczyńskiego. Nie, nie pomyliłem się w rachowaniu. Pan Sienkiewicz dopiero za trzecim razem, jak już dwa razy powtórzył, że dwa za Marcinkiewicza a cztery za Kaczyńskiego czyli razem pięć, załapał, że to jemu się rachunki nie zgadzają i ujął Kaczorowi jedno „wyprowadzenie wojska”. Ale nie te kłopoty z matematyką na poziomie sześciolatków pani Szumilas były powodem do bulwersowania się ani też to, że pan Minister potrzebuje kartki, by wyartykułować informację, będącą jednym zdaniem złożonym. Choć w sumie o kartkę właśnie chodzi. I o inteligencję pana Ministra. Zbulwersowało mnie, że pani Olejnik zadaje gościowi zaskakujące pytanie a on, niczym sławny magik Dynamo, odpowiedź wyciąga zza pazuchy już napisaną. Jak jaki jasnowidz! I to mnie osłabiło, że nie pomyślał ów Minister od moich spraw wewnętrznych, że jak zrobi taką sztuczkę magiczną, ktoś, na przykład taki rosemann, mógłby pomyśleć, że sobie pan Sienkiewicz z panią Olejnik ustawkę przed kamerą robią. Ja oczywiście wiem, że robią ale czy muszą koniecznie odzierać mnie ze złudzeń, że minister polskiego rządu jest w stanie zapamiętać i przekazać z głowy stosunkowo prostą informację? I to minister, co ma pod sobą resort, jakby nie było, siłowy!