czwartek, 5 września 2013

Jak Tusk przykrył Kaczyńskiego



Wywiad, którego Prezes PiS udzielił „Rzeczpospolitej” fortunny nie był. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami prędzej w język się powinien ugryźć, niż na przykład zapowiadać jakieś „karne podatki” dla biznesu. Nawet jeśli ma w tym rację, powinien wiedzieć, że będzie to znakomita pożywka dla mediów, które jak ten lis z niedźwiedziem, co czepiają się zajączka za berecik bo niestety miał „klubowe” i z filtrem i bez, czekają tylko by się do szefa PiS dobrać.
Jednak, jak widać obserwując to, co zadziało się w mediach, wywiad Kaczyńskiego został dość skutecznie „przykryty” wczorajszą konferencją Donalda Tuska, na której zakomunikował on co zamierza zrobić z systemem emerytalnym a w szczególności z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi. Właśnie tym żyją teraz prawie wszystkie media i trudno się temu dziwić, zważywszy, że emerytura nie minie, mam przynajmniej taką, coraz mniejszą jakby, nadzieję, nikogo. Także i tych, którym przez resztę życia dane będzie szczęśliwie nie odczuwać obecności czy to Tuska czy też Kaczyńskiego. Wedle upodobań. Emocje w tej sprawie są spore a na forach najczęściej słychać głosy o komunie biorącej się za nacjonalizację.
Można powiedzieć, nosił wilk razy kilka… Donald Tusk, podczas spotkania z dziennikarzami… czy jak ich nazywa Max Kolonko… podjął dramatyczny wysiłek zaimplantowania im, co powinno być głównym przekazem medialnym wczorajszego dnia. Rozwodząc się podczas wczorajszej konferencji, poświęconej swojemu majstrowaniu przy OFE, nad tym jaki Kaczyński jest straszny zwrócił uwagę, że Warto, żeby Polacy dowiedzieli się czegoś więcej o tym, co Kaczyński powiedział w wywiadzie.”*
Nie, drodzy czytelnicy, nie chodzi o to żeby zaraz ten wywiad dopisać do kanonu szkolnych lektur, w którym ostatnio jakby luźniej się zrobiło. Donald Tusk miał najpewniej nadzieję, że nikt z żurnalistów czy ta… ani też nikt z ich szefów nie będzie sobie du… czterech liter zawracał emeryturami, OFE, obligacjami czy innym baziewem, w którym i tak nie wiadomo o co chodzi, ale by poruszyli temat jakże bardziej istotny.
Jak zdążyłem się zorientować, wierna oczekiwaniom Premiera pozostała tylko redakcja z Czerskiej. Na „górce swej strony ma, a jakże, Kaczyńskiego zaraz obok OFE a w komentarzach wręcz trzy „Kaczyńskie” (Wroński*, Nowakowska**, Skwirowski***) naprzeciwko jednego OFE (Gadomski****). Gdzie indziej, nawet w takim TVN-ie zupełnie odwrotnie. Ta ostatnia marka szczególnie warta jest skomentowania bo na oficjalnej stronie TVN24, pod tekstem „Co dalej z emeryturami? Tusk o zmianach w OFE.”**** Na 22 zamieszczone komentarze (godzina 6.55) tylko jeden (!) jest przychylny Tuskowi. Nie to, ze broni decyzji, przychylny jest w jakiś taki metafizyczny sposób.  Reszta jest w poetyce komentarza „Jasia Wędrowniczka”, którzy stwierdza po prostu „I w ten sposób "nasz" (nie)rząd chce nas wydymać...”. Są też nieco dłuższe analizy.  Tajkov” zgaduje (pewnie jeszcze przed konferencją) „Uważam, że decyzja w sprawie OFE, która już dawno zapadła, a dziś będzie tylko ogłoszona to temat roku! Dziś w samo południe rząd ogłosi w jaki sposób okradnie swoich obywateli z oszczędności. Coś podobnego miało miejsce niedawno na Cyprze. To będzie skok 100 lecia!”
Co ciekawe, pod informacją o tym co na temat planów rządu w sprawie emerytur sądzi Kaczyński nie ma jeszcze (wiem, 23.20 to późna pora ale jednak) żadnej sugestii kim jest autor wypowiedzi i gdzie powinni go zamknąć. To jest na swój sposób sensacja.
Oczywiście nie jest przesądzone to, że media uczepią się tych emerytur. Na razie pewnie to szok, spowodowany tym, że każdy, czy to dziennikarz czy dupek zwykły, na starość grosza potrzebuje bo z powietrza samego nie wyżyje. Może jednak otrząsną się i już dziś zaczną wdrażać dyrektywę Donalda Tuska by „ Polacy dowiedzieli się czegoś więcej o tym, co Kaczyński powiedział w wywiadzie.” Tym bym się akurat nie zdziwił wiedząc jak to jest z Tuskiem, Kaczyńskim i mediami.
Jednak na razie, co dość zaskakujące, Tusk zdołał swym „skokiem na OFE” skutecznie przykryć Kaczyńskiego. Jak powiedziałem, nosił wilk razy kilka…
I jeszcze takie moje post scriptum do sprawy OFE. Przy wszystkich słabościach tej konstrukcji byłem zdecydowanym przeciwnikiem jej likwidowania czy obniżania składki, która do funduszy się przekazuje. W odróżnieniu od ZUS, które, wbrew przekonaniu naiwniaków, bankrutem jest już dawno i żyje z zasiłku, dysponuje pieniędzmi, uzyskuje na nich jakiś, może za mały ale jakiś zysk i te pieniądze po prostu ma i raczej nie przeznaczy ich na kupienie sobie przychylności górników, hutników, kolejarzy czy milicjantów. Ostatnia dyskusja, dotycząca możliwości „umorzenia” posiadanych przez OFE obligacji rządowych wybiła mi ten argument. Pokazała, ze te pieniądze, które OFE ma, z dnia na dzień można „unieważnić”. Byłby to oczywiście zwyczajny, choć podparty autorytetem (hehe) państwa napad rabunkowy. No i „nie mieli by naszego płaszcza”. I co im zrobicie…?

środa, 4 września 2013

„Szanowni państwo, wczoraj skończył się w Polsce kryzys”



Ubiegł mnie Stary Wrocek* z tytułem, który najtrafniej oddałby rzeczywistość ukonstytuowaną wczorajszym wystąpieniem Donalda Tuska. Też miałem zamiar pisać o szczęśliwym końcu kryzysu, który szczęśliwie nie miał się u nas okazji nawet zacząć.

Ten kryzys, który się u nas wczoraj skończył, skończył się dokładnie tak samo, jak 4 czerwca 1989 r. skończyła się u nas komuna, o czym poinformować nas nie omieszkała aktorka Szczepkowska.
Może i skończył się on w Krynicy ale, wiadomo, krynicka rzeczywistość jest jakby odmienna od tej naszej rzeczywistości. Tam przecież od 2010 r. walutą jest euro. Tak w każdym razie zapowiedział jakoś wcześniej Donald Tusk.

I to jest sedno sprawy. W każdym razie jedno z kilku.

Przekonany jestem a nawet mam na to przekonujące dowody, że tak, jak o zakończonej przez Szczepkowska komunie tak i o tym końcu kryzysu będziemy dość mocno via media przekonywani. Oglądałem wczoraj jakąś dyskusję, w której jeden z dyskutantów nie wykluczał, że w 2015 r., na fali jakiegoś tam, naturalnego dla wychodzenia z kryzysu „ożywienia” PO może kolejny raz wygrać wybory. Co prawda, jak zapowiedział Premier, skutki „ożywienia” obywatele mają odczuć dopiero w 2017 r. ale ów ekspert nie wykluczał tego 2015 r. i  tego zwycięstwa.

I tu jest drugie, być może nawet główne, sedno tej całej sprawy. Sprowadzające się do tego, co tak trafnie ujął Max Kolonko określając swoich… obraziłby się pewnie, gdybym nazwał ich jego kolegami a on by się o tym jakoś tam dowiedział. Określając pozatrudnianych w mediach mainstreamowych na stanowiskach dziennikarskich dupkami i rozprawiając się z ich fachowością. Zgadzając się z Kolonką nie wykluczam (pozostając w poetyce eksperta), że znacznie przed 2017 r., kiedy we własnych portfelach odczujemy, że się ożywiło, będziemy być może już nie tylko przekonywani ale wręcz przekonani o tym, że jest lepiej, że Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatnio.

Przecież nie jest wielkim problemem zestawienie optymizmu Premiera z tym, co dokładnie w tym samym czasie, gdy przekonuje jak to świetnie sobie radzi, robi ten sam Premier i jak to uzasadnia. Wraz ze swoim głównym podręcznym. Tym od pieniędzy. A jakoś nie garną się ci niby koledzy Kolonki by zestawiać.

Likwidacja progów ostrożnościowych, dla mnie zabieg, którego oczywistym celem jest możliwość komponowania w kolejnych latach wyborczych takich budżetów, które nie będą musiały tak bardzo uwzględniać mizerii naszych finansów a dla odmiany będą mogły podsypywać tu i ówdzie pożyczonego grosza by kupić sobie tu i ówdzie przychylność tego i owego, to chyba najlepszy kontrapunkt dla optymizmu Tuska. Podobnie zresztą jak i nieco wcześniejsze niż „krynicka victoria” zapowiedzi pozostawienia, wbrew wcześniejszym ustaleniom, stawek podatku VAT na obecnym, podwyższonym poziomie. Wynikać to ma z „konieczność ograniczenia nierównowagi finansów publicznych, co jest niezbędnym warunkiem dla stabilności makroekonomicznej i długofalowego wzrostu gospodarczego.”**

Zatem „nierównowaga finansów publicznych” jest i będzie. Natomiast wzrost ma być „długofalowy”. I to jest jeden z wytrychów, które pięknie mogą posłużyć do podpierania tezy, że ten kryzys, którego u nas nie było, właśnie się u nas kończy. Długofalowość wszak to zjawisko, którego skutki są czasem mocno przesunięte w czasie. Na przykład do 2017 r., gdy w drugim roku trzeciej kadencji Tuska nagle w portfelach znajdziemy nieoczekiwaną gotówkę.

Mam takie poczucie a właściwie nie mam wątpliwości, że prawdziwa bitwa z kryzysem, tym, który się skończył, a nim się skończył w ogóle go nie było, rozegra się wcale nie w gospodarce ani też w polityce.

Rozegra się w mediach. Nie wiem czy kryzys ma szansę stać się kolejną Mamą Madzi ale gdyby tak właśnie było, byłby to strzał w dziesiątkę i dla niektórych, wiadomo których mediów i dla ekipy rządzącej. Sprawa Mamy Madzi pokazuje bowiem, że nawet z tak parszywej postaci da się zrobić bohatera publicznego przekazu i publicznej przestrzeni. A co dopiero z takiego kryzysu, który u nas jest niczym jakiś Harry Hiudini. Kończy się choć go jakoś tak tajemniczo jakby nie było.

Tak na koniec przyznam, że chętnie bym poświętował ten koniec kryzysu ale nie bardzo mam za co. Przynajmniej nie tyle by stać mnie było na świętowanie takie, na jakie to doniosłe wydarzenie zasługuje. A w 2017 r., gdy wreszcie poczuję ciężar portfela, mogę już nie pamiętać, że warto by wspomnieć ten 3 września 2013 r., gdy w Polsce a w każdym razie w Krynicy, Proszę Państwa, skończył się kryzys.


Na koniec Pustki i „Koniec kryzysu”. Może nie do końca na temat ale i nazwa kapeli i tytuł utworu jakże adekwatne. Tekst dodam w komentarzu.


wtorek, 3 września 2013

Platforma pneumatyczna

Pewnie bym nie ruszył tematu, który już nadzwyczaj obszernie i fachowo opisał wczoraj seaman*, gdyby mi się kapitalny tytuł nie napatoczył. Prawdę mówiąc napatoczył się on w tagach HiuGrantowi**, którego polecam równie jak seamana a może i bardziej bo przecież seaman sobie poradzi i sam a Hiu jakby mniej.
Pneumatyka Platformy to temat, który ma w sobie poza najistotniejszym rzecz oczywista mechanizmem nadymającym również coś z bumerangu. Wraca ilekroć w PO zaczyna się sezon na baronów. To znaczy kiedy starzy baronowie, w ramach tak zwanych „procedur demokratycznych” podejmują obronę z góry upatrzonych i z dawien dawna zajmowanych pozycji przed partyjną „młodą krwią” czy tam „młodymi wilkami”. Taki rytuał nawiązujący do stad, w których samcem alfa zostaje się jak się pogoni dotychczasowego samca alfa, tu zwanego baronem. Ten cykl przywołany to kolejny zresztą element technologiczny w naszej historii.
I choć to w zasadzie opowieść niejako industrialna, śmiechu przy tym jest co nie miara. Wychodzi na przykład, dajmy na to, taki Ireneusz Raś i zaczyna snuć opowieść o tym, że on niewinny. A nawet czysty jak łza*** Ja wiem, są w tym kraju ludzie, którzy bez niczego uznają winnym nie tylko Rasia ale każdego, kto jest, był, otarł się albo choć przechodził obok Platformy Obywatelskiej. Do nich apeluję o elementarną choćby praworządność. Dajmy się panu Rasiowi wytłumaczyć. Z tych szuflad pełnych nowych członków, które przez swą niezwykła wręcz pojemność udało się dopiero rzutem na taśmę opróżnić. Kto wie, nota bene, czy nie są to pierwsze w dziejach PO prawdziwe a nie tylko legendarne „pełne szuflady”? I z tych walący drzwiami i oknami do koła pana Rasia, którzy dzięki jego organizacyjne sprawności mogli nie tylko spokojnie poprzeć w wyborach przywódcę partii ale, co istotniejsze chyba (w każdym razie dla Rasia), poprą też z pewnością w najbliższym starciu baronów niezrównanego technologa, znakomitego organizatora i partyjnego akwizytora, barona Rasia.
To ostatnie mówię nie bez kozery bo sztuką jest dziś, w czasie, gdy na ulicy czy wśród znajomych znaleźć kogokolwiek, kto przyznaje się do sympatii wobec PO, nie mówiąc już o jej członkostwie, nałapać takich przeszło 400. To tak, jakby złoto w mule wypłukiwać. Człowiek umacha się nieludzko a na dnie michy, wcześniej pełnej piachu, ledwie ziarenko się znajdzie. A i to nie na pewno. Rasiowi się jednak udało przednio. Taki Protasiewicz, co to go z pięć razy częściej niż Rasia w telewizji pokazują, nawet połowy z tego nie dał rady. Jakaś marna setka z ogonkiem jemu się ledwie udała przekonać.
Ale wróćmy do technologii i skończmy z żartami, co to są w tym przypadku nie na miejscu. Bo strona technologiczna, jak już przyznałem imponująca a nawet i fascynująca, może też mieć swoją niebagatelną użyteczność. I to nie dla Platformy jedynie ale dla całego Narodu.
Jak wiadomo Naród nam się kurczy czy tam zwija. Nie wiem jak specjaliści ten proces raczą nazwać. Zwijanie samo w sobie może i nie byłoby takie uciążliwe czy groźne, gdyby nie pociągało za sobą skutków. A te, owszem, są i uciążliwe i groźne. Nie muszę tłumaczyć czemu takie właśnie są. Ale podpowiem. Niedobory w ZUS, starzenie się społeczeństwa a wkrótce dwóch emerytów na jednego pracującego. Na tak zwane „dziś” nie widać szans by ten negatywny trend odwrócić.
I tu właśnie powinno się uruchomić pana Rasia z jego nadzwyczaj skuteczną pneumatyką. Oczywiście musiałby on dostać jakieś wsparcie bo nawet gdyby dzień w dzień powtarzał swój ostatni rekord pompując niestrudzenie, pewnie nie zrównoważy ubytków. W każdy razie nie tak szybko jak trzeba.  Ale ja w niego wierzę i pewien jestem, że „Raś + pneumatyka” może oznaczać w przyszłości ludną „Wielką Polskę”. Taką od morza do morza. Nie mniejszą bo gdzieś owoce pneumatyki pana Rasia trzeba by było pomieścić.

poniedziałek, 2 września 2013

Historia relatywna



Tytuł podsunęła mi ostatnia moda na tworzenie historii alternatywnych. Poza podobnie brzmiącą nazwą związek między wspomnianymi historiami a znacznie mocniej zakorzenioną w naszej rzeczywistości i mającą zdecydowanie większe znaczenie historią relatywną jest jeszcze taki, że są one w jakimś sensie dziećmi tej, o której piszę. Rodzą się bowiem chyba ze skłonności do miękkich ocen i z przekonania, że każda zaszłość w jakiś sposób się broni bądź może się obronić bo ma jakieś tam swoje dobre strony. Jest to konsekwencją braku twardych i niepodważalnych kryteriów, oddzielających to, co akceptowalne od tego, na co godzić się nie można. Bez względu na to, co się zdarza lub szykuje. Zatem każdą możliwą rzeczywistość nie tylko należało brać pod uwagę ale i akceptować doszukując się w niej pozytywnych stron. Bo to, co w tym procesie się pojawiło było możliwością niejako organiczną. Alternatywy, oparte na tym braku barier, to taka intelektualna zabawa. W takich warunkach łatwo fantazjować na tematy, które w normalnych warunkach od rzeczywistości oddzielała twardo przestrzegana bariera niedopuszczalności. Przy tak określonych warunkach można wymyślić a nawet i zaakceptować wszystko.
Oczywiście coś w tym może być i w jakiś sposób nawet pogodziłbym się z tym, że dla polityków, mężów stanu barier być nie powinno. Polityk pewnie, dla lepszej skuteczności i użyteczności, powinien ze swego zawodowego słownika wyrzucić całkiem sporo pozytywnie kojarzących się pojęć. Jednakże w potocznym obiegu ani tego sugerować nie można ani też bronić nieudanych czy skompromitowanych koncepcji. Pro publico bono.
Oczywiście ni naszło mnie na ścieranie się z relatywizowaniem historii ot tak, w wyniku jakiejś oderwanej od rzeczywistości iluminacji. Jak to bywa najczęściej, u źródeł mego sporu z pewnym, w moim odczuciu zafałszowanym, obrazem naszej przeszłości stoi usilne lansowanie poglądu, wedle którego pewne fakty nie są takie proste do opisania i oceny. Chodzi przede wszystkim o jakże skomplikowane i niejednoznaczne w przekonaniu niektórych dokonania poprzedniego systemu. Tak to fajnie i eufemistycznie nazwałem choć oczywiście samo to się nie dokonywało ani też nie istniało coś omnipotentnego i materialnego zarazem, co się system nazywało i dopuszczało się tego i owego. Na ten system składali się ludzie.  Nie będę dalej ukrywał, że okrętem flagowym tego desantu do świadomości współczesnego pokolenia Polaków mitu, wedle którego nie da się ocenić jednoznacznie tamtych czasów jest redakcja z Czerskiej. Nie będę się zastanawiał czemu tak jest bo nie znam odpowiedzi a domyślać mogę się na własne potrzeby. Zresztą każdy obeznany z tematem jakiś tam pogląd w tej sprawie ma.
Tak jak i ja, co uważam, że jeszcze nigdy tak niewielu nie uczyniło tak wiele by tak mocno zabełtać w głowach w tej jakże niesłusznej sprawie. I nie uważam tak od teraz lecz od dawna. Teraz co najwyżej zdumiewam się gdzie potrafią szukać na Czerskiej pola do swoistego „sporu o przeszłość”. Naszło mnie po artykule pana Adama Leszczyńskiego, który rozprawia się z „jednostronnym spojrzeniem”, przedstawionym w kolejnej serii serialu „Czas honoru”. Esencję zarzutów Leszczyński zawarł już w tytule, którego druga część brzmi „Komuniści źli jak hitlerowcy”.* Aż prosi się, by krótką, lecz trudną do zanegowania odpowiedzią Leszczyńskiemu było zdanie rotmistrza Pileckiego, który podczas widzenia z żoną, gdy był już w rękach komunistów, powiedział o śledztwie „Oświęcim przy tym to była igraszka.”
To byłoby za proste. Pan Leszczyński i tak by nie pojął skoro nie udało mu się to dotychczas. Warto więc pochylić się nad jego ograniczeniem, bo za nim być może pójdzie ograniczenie sporej rzeszy tych, dla których na Czerskiej pisze się historię.
„Ale historia nie jest prosta.” Zaczyna publicysta „Wyborczej” po czym tak prosto wyjaśnia czemu prosta nie była że aż się chce klaskać wobec tej sprawności prostego rozwiązywania spraw „nieprostych” albo też zapytać w czym tu problem. Proste wyjaśnienie Leszczyńskiego jest takie oto:
„Powojnie było pod wieloma względami bardziej skomplikowane niż wojna. Mieliśmy własne państwo, które trzeba było odbudować. Komuniści przynosili obietnicę rozwoju przemysłu i wyrwania mas z nędzy. Wielu Polaków wolało zachować neutralność wobec systemu. Inni wybierali współpracę, z przekonania czy konformizmu, tym bardziej że zachodni alianci oddali Polskę w strefę wpływów ZSRR na konferencjach w Teheranie i Jałcie.”
Można dać się porwać tej wizji i wtedy często wtedy umkną dwa kluczowe pytania. Przede wszystkim to, czemu wspomniane „powojnie” było tak „skomplikowane” oraz czemu ta komplikacja przejawiała się przedziwną metodą zapewniania niektórym rozwoju i wyrywania ich z nędzy poprzez wprowadzenie w potylicę porcji ołowiu, poprzez wieloletnie zamknięcie czy choćby zesłanie na katorgę na Kołymę, do Workuty albo choć do rodzimej kopalni. Tu przyznam, poziom komplikacji sięga zenitu. Dalej zaś jest to oklepane alibi dla wszystkich wyczynów, które mają na sumieniu komuniści. Wskazywanie, że „Wielu Polaków wolało zachować neutralność wobec systemu.” Prawdę mówiąc, wobec przytoczonych przed chwilą metod i przykładów ich stosowania nierzadko w skali znacznie szerszej niż w odniesieniu tylko do jednostek, trudno, by było inaczej. Nie powiem, jak zwykli mawiać pogrobowcy „czerwonej zarazy”, gdy starali uzasadnić swój mandat do funkcjonowania w nowej rzeczywistości mimo tak zasr*** kartoteki, że ludzie chcieli i starali się w takiej Polsce żyć normalnie. Ja powiem, z pozycji nieco niższej w piramidzie Maslowa, że po prostu chcieli żyć. Na „normalnie” raczej nie mogli liczyć.
Panu Leszczyńskiemu nie podoba się wizja twórców serialu, w której „Cała złożoność powojennej sytuacji została sprowadzona do prostej opowieści: my, szlachetni, zdradzeni przez Zachód - oni, źli, pachołkowie Stalina”. Tu mam taką złośliwą pokusę, by poradzić Leszczyńskiemu by te „my” i „oni” wypowiadał odwracając role. Ale to taka krotochwila…
Odpowiem natomiast, że tę oczekiwaną „złożoność” dość już pokazano w sposób, który pewnie Leszczyńskiemu przypadłby do gustu. Można długo wymieniać tytuły pełne podejrzanych typków z bronią, którzy ile mogą, brużdżą bohaterskim chłopakom z GL i AL. Pewnie z tego powodu „skąpani w ogniu” musieli czekać na  armię czerwoną, miast samemu wypędzić faszystowskiego gada. Mnie najpierwsza do głowy przychodzi, grana przez Henryka Bistę w serialu „Dom”, postać „dobrego ubeka”, który dla byłego AK-owca z zarzutem dezercji z „ludowego wojska” jest niczym istny „wujek dobra rada”. Normalnie wzruszam się jak pomyślę jacy fajni i poczciwi byli „towarzysze z bezpieczeństwa”.
Oczywiście to, co dla mnie jest zrozumiałym i bardzo potrzebnym przywracaniem proporcji, dla Leszczyńskiego ma „drugie dno”. Jak pisze „Być może ma to związek z dzisiejszą polską polityką - w końcu odwołania do PRL i komunizmu odgrywają w niej dużą rolę, a obie główne partie prowadzą własne "polityki historyczne". Ten serial pasuje bardziej do tej, która mówi, że komunizm był kolejną okupacją, chociaż robi to z wdziękiem i bez nadmiernego dydaktyzmu. Być może - ma związek z tęsknotą młodych ludzi za czasami, w których wszystko było jasne i proste. Rozumiem tę tęsknotę, ale to pogoń za iluzją. Nic nigdy nie było jasne i proste. Świat zawsze był skomplikowany, a polska historia – jeszcze bardziej.”
Problem w tym, że „polityk historycznych” mamy zdecydowanie więcej. Tekst Leszczyńskiego jest tego dobitnym dowodem. Zaś poziom zawikłania historii, szczególnie polskiej, nie jest zjawiskiem samoistnym. Jest jak skręt kiszek, który coś musiało spowodować.
Na koniec odpowiedź tym, którzy nie omieszkają pewnie zapytać po co zajmuje się tym, co Leszczyński i „Wyborcza” wypisują. Oczywiście proste jest powiedzieć, że nie warto. Tyle, że jedynym skutkiem jest to, że naszymi narodowymi bohaterami zostaną wkrótce Paweł Finder, „Mały Franek” i towarzysz Jaruzelski.

niedziela, 1 września 2013

Parszywe życie żandarma (USA-Syria)



Być światowym żandarmem to rola trudna i niewdzięczna. Kiedy zachodzi konieczność… Nie, konieczność to chyba za dużo powiedziane. O tym będzie dalej. Zatem jeśli zachodzi potrzeba, trzeba zmagać się z tymi, którzy coraz natarczywiej dają do zrozumienia, że przecież nie można tak stać, że trzeba coś zrobić i z tymi, którzy wyzywają od bandytów, palą flagi i takie tam…
W takich sytuacjach faktycznie problemy skupiają się w dwóch kwestiach. Pierwszą z nich jest potrzeba reagowania, gdy gdzieś dzieje się coś, co poddaje w wątpliwość cały humanistyczny dorobek naszej cywilizacji. Kiedy ktoś wyrzyna całe populacje, gdy traktuje gazem własnych obywateli zrozumiałym jest, że oczekuje się jakiejś reakcji. No bo jak można wyrzynać czy traktować? Ktoś przecież musi coś z tym robić!
Drugą kwestią jest, kto to ma robić. Obecny kryzys syryjski pokazuje, że zbyt wielu chętnych do obnoszenia się ze swym człowieczeństwem i humanistyczną wrażliwością nie ma. W zasadzie jest tylko jeden…
Od dość dawna na tym świecie jest tak, że jeśli gdzieś ludzkość się wynaturza, gdy nie da się patrzeć na to wynaturzenie, w końcu lądują tam Jankesi i przynajmniej starają się zrobić porządek. Z lepszym lub gorszym skutkiem ale starają się.
A później znajduje się sporo „sprawiedliwych”, którzy Jankesów nazywają imperialistami, bandytami albo wręcz mordercami i wskazują prawdziwe motywy. Czy tam „prawdziwe motywy”.
I naprawdę trudno pojąc czemu Jankesom jeszcze się chce.
Słuchając opinii ekspertów, wypowiadających się w sprawie Syrii zauważyłem, że jednym powodów, dla którego Stany Zjednoczone MUSZĄ uderzyć, jest możliwość utraty światowego przywództwa. Pewnie tak jest, skoro eksperci mówią.
Tylko na co Stanom to „przywództwo”, skoro widać dziś, że korzyść z tego żadna a koszty, w tym uzyskanie po raz kolejny tytuły „pierwszego światowego bandyty”, bardzo nieprzyjemne i wysokie.
Sprawa Syrii to zresztą najbardziej jaskrawy przykład pechowego uwikłania USA w „światowe przywództwo”. Interwencja, której się od Obamy oczekuje i za którą się go później bez wątpienia medialnie rozstrzela, sprawi, że Amerykanie dokonają wymiany dość przewidywalnego i w sumie stanowiącego element stabilizacji naprawdę zapalnego regionu świata reżymu, na coś, co jest niewiadome, nieprzewidywalne a najpewniej skrajnie niebezpieczne. Ironią losu będzie, jeśli Obama doprowadzi do obalenia Asada dając władzę i przy okazji spore zapasy broni, którą dotąd dysponował Asad, ludziom związanym z Al-Kaidą. Ta na pewno wdzięczności za ten prezent nie okaże. A może podziękować w sposób, jakiego nikt w Ameryce by sobie nie życzył.
Zatem pozostaje znów zapytać, czy interwencja jest konieczna. W każdym razie interwencja amerykańska. Skoro na prawa człowieka w Syrii wypięli się gremialnie wszyscy, może lepiej byłoby, gdyby z Waszyngtonu też tylko się przyglądano, jak Asad gazuje kolejne miasteczka i wsie.
Skoro z punktu widzenia Ameryki tam lepiej już bez wątpienia nie będzie a cokolwiek Ameryka zrobi i tak ja zmieszają z błotem, zatem co za różnica? Taniej, mniej kłopotliwie będzie tylko przyglądać się. I czasem coś groźnego czy tam pełnego troski powiedzieć. Tak, jak robią to inni.
A że może stracić stanowisko „światowego żandarma”? A jaka dziś z niego korzyść? Jakoś nie widać by warto było umierać za jakąś tam Syrię. Czy kogokolwiek innego…