czwartek, 9 maja 2013

Orzeł jest gejem



Kiedy przeczytałem, że Anna Grodzka do spółki z posłem Biedroniem uznali za niedopuszczalne, że w szkolnych podręcznikach nie ma nic o gejach i lesbijkach i teraz domagają się rewizji ich treści, pomyślałem co będzie z tym dalej i czym się to wreszcie skończy. Skończy się pewnie, jak w tytule, że ktoś oświadczy, iż mamy geja w godle a wszyscy spuszczą uszy po sobie i słowa nie powiedzą. Po drodze zaś pewnie zlikwiduje się przedsiębiorstwa nie widzące potrzeby uzupełnienia swych zarządów i rad nadzorczych o osoby „inaczej zorientowane” a może też zamknie się knajpy, które w kartach dań nie będą miały żadnego geja w potrawce czy choćby w sosie własnym.
Wedle kolejnego z żywotnie zainteresowanych wspomnianą wyżej zmianą, działacza LGBT Krystiana Legierskiego stan obecny świadczy, że „Polski system edukacji w tej kwestii nie zakłada przedstawiania młodym Polakom informacji opartych na nauce”.* I aż się prosi o kpinę, że widać nie jest aż tak istotnym osiągnięciem nauki, by o nim uczyć w szkole dzieci. Taki Frankenstein to co innego…
Mamy akurat okres egzaminów przeróżnych, które są bardzo surowym sprawdzianem skuteczności naszego systemu edukacji, I może przez to, że rok po roku wypada to dość blado, można zaryzykować twierdzenie, iż jest dziesiątki albo i setki spraw i rzeczy istotniejszych niż geje i lesbijki, o których nasza szkolna młódź nie wie choć powinna.
Co zaś się tyczy owych gejów i lesbijek, twierdzić dziś, że gdzieś ich nie ma to już zwyczajne nadużycie. Dzięki ludziom w rodzaju Biedronia, Legierskiego czy Grodzkiej wyłażą zewsząd i wszędzie się próbują pakować. I w tym właśnie problem. Choć pewnie jeszcze nie mają pojęcia, także i ich.
Jestem przekonany, że spokojnie i w zgodzę ze światem i ludźmi można przeżyć całe życie nie mając pojęcia o istnieniu gejów i każdej innej orientacji. Są na świecie ludy, które nie tylko nie mają w podręcznikach szkolnych nic o gejach, ale nie mają w ogóle podręczników ani żadnych szkół. I radzą sobie na tyle dobrze, że jeszcze z powierzchni ziemi nie zniknęli. Myślę też, że nikogo nie ciągnie w „odmienne” rejony z tego powodu, że może sobie przeczytać o tym w podręczniku.
Mam niejakie doświadczenia z edukacją. I to z obu stron tego systemu. Wiem więc jaki skutek miewają próby narzucania pewnych twierdzeń czy poglądów, pożądanych z jakichś tam, choćby i najszlachetniejszych powodów. Z dzieciństwa pamiętam „miesiąc przyjaźni polsko – radzieckiej” do którego po cichu dodawało się pamiętne „i ani dnia dłużej”. Już w obecnej rzeczywistości zaserwowano szkołom pomysł integracji uczniów niepełnosprawnych ze zdrowymi. I choć sam pomysł jest świetny, pamiętam, że błyskawicznie wśród uczniów modna stała się obelga „ty Downie” a jedna, wcale nie głupia uczennica, komentując problemy jednego kolegi ze składną odpowiedzią objaśniła mnie „Pan rozumie, integracja…”
Zatem wprowadzając szkolny obowiązek obcowania dzieci z gejami i lesbijkami można raczej spodziewać się tego, że da się dzieciarni kolejnych kilka powodów do „beki”, bo tak to najczęściej działa.
Może się więc okazać, i wcale się z tego cieszyć się nie będę, że zostaniemy z godłem, które dziatwa mieć będzie za pedała. I nic na to nie poradzimy.

niedziela, 5 maja 2013

Jak biskupi stworzyli łapówkarza



Gdyby zdarzyło się, że znałbym jakiegoś zbrodniarza czy choćby przestępcę i gdybym wiedział, że w przerwie między swymi grzesznymi postępkami miał w zwyczaju czytać „Gazetę Wyborczą”, czy miałbym prawo sugerować, że to z winy wspomnianej gazety ów ktoś jest tym, kim jest? Teoretycznie bym miał, bo taką wolność teraz mamy, ale najpewniej do akcji by zaraz wkroczył niestrudzony mecenas Rogowski i szybko ta wolność, której w innych sprawach „Wyborcza” jest gorącą orędowniczką, wyszłaby mi bokiem. Poza tym sam bym siebie uznał za idiotę.
Czemu zatem w ogóle taka myśl przyszła mi do głowy? A za sprawą „Wyborczej” właśnie, która to, czego wobec siebie najpewniej by nie pozwoliła, robi wobec innych. Publikując wywiad z szefem ludowców na Podkarpaciu posłem PSL Janem Burym (zatytułowany „Marszałek z zarzutami”*) tak zwaną zajawkę na swej stronie w sieci opatrzyła dość znamiennym tytułem „Może władza uderzyła mu do głowy? Może te obiady z biskupami? A może poczuł się bezkarny?”
Oczywiście nie jest tak, że to wyżej narodziło się w głowach ekipy z Czerskiej. To tylko twórcze wykorzystanie fragmentu wypowiedzi pana Burego, który zdobył się na wyjątkowo błyskotliwą analizę przyczyn upadku PeeSeLowskiego marszałka województwa podkarpackiego, Mirosława Karapyty.
W zasadzie Burego trudno nawet zbytnio potępiać. Występował przecież niejako we własnej sprawie gdyż osobiście miał być akuszerem wyniesienia Karapyty, dzięki któremu tamten mógł zrobić, co zrobił i trafić na czołówki mediów. Miał więc zastanawiać się ile w tym jego winy? Samobiczować się za to, że załatwił taki możliwości komuś o tak lepkich rękach i tak marnej naturze? Jasne, że wolał tę winę zrzucić na biskupów. Chyba każdy na jego miejscu tak by wolał.
Jednak „Wyborcza” Karapyty nie promowała. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zatem podobnego interesu w tym, by ciskać winę tam, gdzie trudno się jej doszukiwać, nie jest jak Bury, mający problem ze swoją winą. Ma więc gazeta z Czerskiej interes nieco inny. I nawet szkoda go komentować. W opublikowanym tekście wątek biskupów, psujących marszałka powtarza się kilka razy. W efekcie trudno oprzeć się pokusie by odebrać to jako dość fantastyczną sugestię tego, że Karapycie owi biskupi coś w jedzeniu podawali, po czym z przyzwoitego i jakże szeroko wykształconego ludowca stał się łasym na wszelakie pokusy lokalnym satrapą.
Ta, jak na wspomnianą gazetę wcale nie najgrubsza, manipulacja świadczy najbardziej o tym, co sądzi ona o swoich czytelnikach. Musi naprawdę mało cenić ich kompetencje intelektualne i zdolność krytycznego podejścia do czytanych treści. Z kimś takim faktycznie tego typu numery świetnie wychodzą. Jeśli prześledzić komentarze pod tekstem, najwięcej tam takich, które odnoszą się do tego bez wątpienia najmniej istotnego wątku wyczynów „ludowego” marszałka.
„jak on z biskupami się zadawał to wszystko jasne”
„Może te obiady u biskupów? Może poczuł się bezkarny? – zastanawia się Bury. Bury oficjalnie informuje, kto rządzi w tym kraju..”
„Należy dwa razy pomyśleć, zanim się wybierze religijnego marszałka”**
Ów brak wątpliwości co do intelektualnych kompetencji swych czytelników można zresztą znaleźć w „Wyborczej” znacznie częściej. Dziś redakcja chwali się opiniami internautów na temat nieznanego im jeszcze tekstu wywiadu z byłym agentem CBA, Tomaszem Kaczmarkiem, który tygodnik „W Sieci” opublikuje dopiero jutro.*** Jeśli ktoś zastanawia się jak można oceniać tekst, którego się nie czytało informuję, że opinii zasięgano w oparciu o… zdjęcie „Agenta Tomka” i jedno zdanie z tekstu. Autor materiału z „Wyborczej” wybrał sobie najpewniej kilka komentarzy, oczywiście tych pasujących do jego tezy, z dyskusji pod zapowiedzią najnowszego tygodnika z forum „W Polityce” gdzie odbywa się normalna dla takich miejsc, sieciowa „nawalanka”. Co świadczy zresztą również o intelektualnych kwalifikacjach autora materiału (Jacek Kowalski) oraz tego, kto coś takiego zaaprobował do publikacji.


czwartek, 2 maja 2013

Wilkowi na sen spokojny



Kiedyś, dawno to było, gdzieś na początku mego blogowania, napisałem z entuzjazmem, że tutaj* (dokładnie pewnego razu na Rozdrożu, ale przecież jednak tutaj) spotkałem potencjał, który wzbudził we mnie zdumienie. Różnie później bywało, ale z takim przekonaniem pewnie już do końca zostanę.
Wtedy Seawolfa jeszcze nie było, ale niewielu stąd i skądinąd bardziej niż on potrafiło dowieść i utwierdzić mnie w przekonaniu, że nie myliłem się wtedy ani o jotę.
Gdybym miał umieścić go gdzieś w hierarchii ludzi, którzy mi i nie tylko mi dali się poznać za sprawą swego talentu i sprawnego pióra, byłby na samym szczycie, wśród drobnej garstki tych, którzy byli w stanie wśród ziaren pośledniejszego gatunku, takich jak choćby ja, mienić się tak, że nie sposób było ich nie zauważyć.
Kiedy jeszcze bywałem i pisywałem w Salonie 24, udało mi się spotkać w realnym świecie niemal wszystkich tych, z którymi chciałem się spotkać i na poznaniu których mi zależało. Wilk był jednym z tych, z którymi się minąłem.
Wiem, jak wielką stratą jest to pióro, odłożone już na zawsze. Ale skłamałbym, gdybym nie przyznał, że bardziej mi, może w taki egoistyczny sposób żal tego, że nie udało mi się spotkać z Tomaszem Mierzwińskim, człowiekiem. To, co znałem, zostało, to, co mnie minęło, dopiero przede mną.
Nie pozostało nam nic innego Wilku jak tam dopiero pogadać.
* Tekst opublikowany w Salonie 24, gdzie poznałem Seawolfa