piątek, 7 grudnia 2012

Dziennikarze z CBA



Relacje między mediami i tajnymi służbami to coś tak specyficznego i trudnego do ogarnięcia, że lepiej by ich po prostu nie było. Bo często wychodzi z nich nie to, czego chcieliby dziennikarze. Czego chcieliby funkcjonariusze służb nawet nie zgaduję. A pewnie chcieliby tego i owego.
Gdybym jednak miał sugerować, czego powinni chcieć czy życzyć sobie od prasy, radia i telewizji nasi tajniacy to przede wszystkim zrozumienia, że służby nie przypadkiem są tajne i na dodatek nie przypadkiem są też specjalne. A jeśli już dziennikarze nie są w stanie tego pojąc to niech się zwyczajnie odpitolą.
Kiedyś, przy okazji sprawy Kiejkut starałem się zająć stanowisko, które byłoby gdzieś po środku między godnym przedszkolaka, który nie widział  jeszcze żadnego filmu szpiegowskiego idealizmem (propagowali go pracownicy i zapraszani goście Gazety Wyborczej) a realizmem oznaczającym świadomość, że w moim imieniu i dla mojego bezpieczeństwa ktoś może robić rzeczy, na które nie tylko sam bym się nie zdecydował ale i pewnie po namyśle nie zgodził. I dlatego najlepszym wyjściem w zetknięciu z takim problemem jest niewiedza.
Tamta sprawa, wyhamowana w pewnym momencie jakby przez naszych medialnych przedszkolaków zaczęła zresztą podążać w dość ciekawym kierunku bo wprost na salę rozpraw Trybunału Stanu, na której mogłoby się toczyć postępowanie przeciwko „największym nadziejom czerwonych” w osobach Kwaśniewskiego i Millera. Widać panowie są jeszcze potrzebni więc zapomnijmy o Kiejkutach. No chyba, że jakoś da się je wcisnąć Kaczyńskiemu. Próbowano…
Ale ten zwrot akcji w tamtej sprawie wcale mnie nie dziwi. Tak to już bywa z tymi służbami specjalnymi. Coś się zacznie a później nagle wychodzi nie to, co by się chciało.
Tak jak chociażby i teraz. Kiedy pojawiła się sprawa „podszywania” agentów CBA pod dziennikarzy, jasnym było, że jest to kolejna próba „załatwienia” poprzedniego kierownictwa służby z Mariuszem Kamińskim na czele.
Szczerze mówiąc nie wiem czemu „Wyborcza” uważa, że podszywanie się ludzi służb pod dziennikarzy jest w jakiś tam sposób bardziej naganne niż na przykład pod murarzy, weterynarzy, blacharzy i wszystkie inne zawody, które kończą się ale i nie koniecznie kończą w dopełniaczu na „-arzy”. Tym bardziej nie wiem czemu akurat przeszkadza to „Wyboreczej” w której przez tyle lat przecież udzielał się niewątpliwy „człowiek służb” o przepięknym pseudonimie „Ketman”. Udzielał się a ona jakoś trwała. Trwała i nawet szła do przodu „nie znając granic ni kordonów” (w mojej podstawówce na coponiedziałkowych apelach śpiewano „granic i kondonów” na przemian z „wyrostki socjalizmu” zamiast „by rozkwitł socjalizmu…”).
Ale doś tam o „Wyborczej” i jej oraz nie jej „ludziach służb”. Wróćmy do tego czepiania się i przenikania zamiennego służb i mediów. Napisałem, że media w zasadzie powinny się odpitolić od służb i co najwyżej czepiać się jak już wiedzą a nie im się tylko wydaje, że służby są be. Bo z takiego wydawanie się mogą wyjść rzeczy na pierwszy rzut oka zabawne ale tak naprawdę dość smutne. Ot choćby takie, że służbami kieruje ktoś mało lotny.
Wróćmy więc do sprawy „dziennikarzy z CBA”. Mieli oni, jak już pisałem wcześniej, posłużyć wspomnianej gazecie do tego, by dopaść i sponiewierać Kamińskiego. Na nieszczęście posłużyli i do tego by dać okazję wypowiedzi panu szefowi służby stosownej, Wojtuniukowi.
Został on poproszony o wypowiedź przez Onet. Na swoje nieszczęście nie tylko wypowiedział się (rozmawiał pan Grzegorz Łakomy) ale i dał sfotografować w pozie kozackiej. I dowiódł, że może na fotografii to z niego zuch ale gadać raczej nie powinien.
Pan Łakomy zapytał, bo i trudno by w obecnej sytuacji było inaczej – Odkąd jest pan szefem CBA legitymacji dziennikarskich nie podrabiano?
Pan Wojtuniuk - Mogę jedynie powiedzieć, że od kiedy pełnię służbę w CBA nie widziałem takiej potrzeby, by takich legitymacji używać. Mam poważny stosunek to tajemnicy dziennikarskiej. W przeszłości to ja ujawniłem przypadek podsłuchiwania redaktora Wojciecha Czuchnowskiego. Jesteśmy bardzo wyczuleni na tym punkcie. Nie oznacza to, że w sytuacji jednostkowej wytworzenie takiej legitymacji nie byłoby możliwe.*
Wyszło zatem, że służba pod kierunkiem pana Wojtuniuka w rzeczonej sprawie (czy tam nawet aferze) jest na razie na etapie, w którym już pali ale jeszcze się nie zaciąga. Nie wyklucza jednak przy tym, że może ten większy haust wziąć. Jeśli będzie potrzeba.
No i sprawa się skomplikowała, bo jakby co, Kaminski będzie miał od razu towarzysza „pod celą”. A pan Wojtuniuk pewnie pożałuje, że taki był „wyczulony na tym punkcie”. Plus z tego, być może jedyny, byłby taki, że w celi by się panowie nie nudzili bo byłoby się czym dzielić. Trafnie choć w całokształcie bez wątpienia głupio prawi pan Wojtuniuk że ma „wiedzę porażającą”. Kamiński pewnie też, więc mieliby o czym gadać i gadać.
Przyznam szczerze, że przez moment żałowałem, że z uwagi na właściciela (Agencja Gazeta) nie mogłem wkleić konterfektu nadętego i wyraźnie dumnego z siebie Wojtuniuka (jest w tym linku** jakby kto chciał). Po namyśle uznałem, że oglądanie szefa tajnej służby to ostatnia rzecz, o której powinien marzyć obywatel. I taki szef służby powinien to czuć. Tak jaki i to, co może a czego pod żadnym pozorem gadać nie powinien.
Swoją drogą, gdy jeszcze raz przeczytałem „Mogę jedynie powiedzieć, że od kiedy pełnię służbę w CBA nie widziałem takiej potrzeby, by takich legitymacji używać.” Zaciekawiło mnie czy pan Wojtuniuk też nosi w kieszeni jakąś lub jakieś. Tylko na razie nie czuł potrzeby…
OCZYWIŚCIE SERDECZNIE, Z KAŻDYM DNIEM BARDZIEJ SERDECZNIE I NIECO ROZPACZLIWIE (CZAS!!!!!!) ZACHĘCAM DO KLIKNIĘCIA WIDOCZNEGO Z BOKU BENERU AKCJI MIKOŁAJ- BLOGERZY DZIECIOM I DO WSPARCIA AKCJI

czwartek, 6 grudnia 2012

Wędrujący trotyl czyli Kalisz i inni



Jak sobie pomyślę o intelektualnych wygibasach różnych takich, co postanowili, kiedyś i teraz, rozbić za adwokatów… napiszę „adwokatów sprawy bo wymienianie nazwisk trwałoby za długo si sięgało za wysoko. Kiedy sobie pomyślę o tych wygibasach to na myśl przychodzi mi fenomen i legenda medycyny- wędrująca nerka. Mniejsza o to czemu. Tak mi się kojarzy i tyle.

Ale przejdźmy do naszych pirotechnicznych dr House’ów, któryż zęby zjedli na leczeniu skutków wędrującego trotylu. Oczywiście ich prekursorem, któremu nie można a nawet nie wolno odbierać palmy pierwszeństwa jest dziennikarz z RMF.FM i „poparzony kawą trzy”, Roman Osiaca sugerujący kiedyś na gorąco, że mu jacyś „specjaliści” wyjaśnili, iż to BOR -owcy na pokładzie tupolewa mieli pistolety wyładowane trotylem. Zmuszając instytucję, z którą powiązał swych nieznanych informatorów, do dementi.

Kulminacją tej nowatorskiej myśli pirotechnicznej jest wczorajszy występ pana Kalisza, który Monice Olejnik jasno wyjaśnił, że jego to akurat ten trotyl nic a nic nie dziwi. No ja się też nie dziwię, że się nie dziwi pan Kalisz. Widać po prostu, że z pana Kalisza to żaden tam Czesław Niemen czy kot Filemon żeby zaraz się temu czy owemu dziwić. Pan Kalisz nie tylko się nie dziwi temu trotylowi. Potrafi go w mig zracjonalizować, a nawet i logicznie wyjaśnić, że ten trotyl to dlatego, że „Jeżeli żołnierze mieli mundury, w których wcześniej dwa tygodnie czy trzy, czy miesiąc strzelali na poligonie, to te ślady trotylu mogły na siedzeniach się zostawi”*. Znaczy, że wedle pana Kalisza nasi wojacy, wzorem BOR-owców też pakują sobie w lufy czy tam w magazynki trotyl i z niego strzelają. No chyba że to do nich strzelano na tym poligonie z pocisków burzących z głowicami wypełnionymi  trotylem… Ale mniejsza tam o takie, nieistotne dla pana Kalisza szczegóły. Mnie dużo bardziej zastanawia ta dzisiejsza odporność pana Kalisza na dziwienie się czemukolwiek. Pamiętam wszak, że pan Kalisz, którego nie dziwi, że ten trotyl tam był bo dla niego jest oczywiste, że być powinien, nie dziwił się wcześniej, gdy mówiono, że go nie wykryto. A, biorąc pod uwagę logiczny wywód Kalisza, być przecież powinien. Bo przecież tych wojaków w mundurach to chyba wożono tym samolotem zanim się rozleciał a nie dopiero po tamtej konferencji prokuratora Szeląga.

Na dodatek to, co dla Kalisza było tak oczywiste, że z rozpędu zamknął posiedzenie komisji by już nie pytać tych biednych prokuratorów, dla nich samych nadal oczywiste nie jest. Tak bardzo nie jest że wydali dziś oświadczenie, które gdybym był na przykład posłem Niesiołowskim, nazwałbym kretyńskm. Oświadczenie, którego być może by nie było, gdyby Kalisz tak się nie znał na wędrującym trotylu i dał wczoraj wyżąć Artymiaka i Szeląga do cna, tak by im już nic do oświadczania nie zostało i by przeszłą im ochota na jakiekolwiek oświadczyny.

Panowie prokuratorzy, podniesieni na duchu i potwierdzonym przez Kalisza ostrzałem polskich wojaków na poligonach przy użyciu trotylu i kiełbasą która Sianeckiemu czy tam Kajdanowiczowi w walizce emitowała „cząstki wysokoaktywne” i wreszcie niezwykłą spostrzegawczością Kuczyńskiego, który jadąc przez Drawsko widział, tam trotylu na tym poligonie prawie tyle co w Smoleńsku, przeszli do kontrofensywy i wyjaśnili stanowczo, że trotylu nie wykryto po czym wcielili się nieomal w Kanta szukającego Boga i dodali, że nie można stwierdzić, że jest jak też że go nie ma. Dając dowód, że w Smoleńsku byli jak Gagarin w kosmosie tłumaczący „Zdies Boga niet”.

Przyznam szczerze, że gdyby nie fakt, że przez Szeląga i jego nadopiekuńczość pracę straciło kilku ludzi, nie miałbym nic przeciwko, żeby Kalisz, Osica, Kuczyński, pan Cieśliński z GazWyb, którego dzisiejsze wynurzenia „w temacie” gorąco polecam ** oraz cała obsada TVN-u dalej kontynuowali ten benefis coraz bardziej idiotycznych tłumaczeń i przypuszczeń mających nas uświadomić jak naturalną by nie rzec powszednią rzeczą jest „trotyl wokół nas”.

Przyznam szczerze, że najcelniej i najokrutniej zarazem całą sprawę, widzianą „okiem” tych wyżej wymienionych skomentowała Kobieta Moja Kochana. Zarobiona jest i przez to dość wyobcowana z rzeczywistości. Gdybym jej czasem o czymś nie powiedział, żyłaby w nieświadomości.

Kiedy wczoraj próbowałem jej opowiedzieć o gwałtownym zwrocie akcji i gdy doszedłem do 1)tku z kiełbasą sygnalizującą TNT przerwała mi.

- To wszystko brzmi jakbyś mi opowiadał fabułę któregoś z odcinków „Allo allo”. – stwierdziła.

Przyznam szczerze, że mnie zatkało. Raz, że trudno nie przyznać racji KMK a dwa, że faktycznie dywagacje Kalisza i reszty są jakby żywcem ściągnięte z tamtej komedii. Tyle, że to nie ten poziom. Nawet śmieć się nie chce.

* http://www.tvn24.pl/nie-dziwie-sie-ze-tam-byl-trotyl,292883,s.html

** http://wyborcza.pl/1,75968,12998718,Rachunek_prawdopodobienstwa_i_trotyl.html

środa, 5 grudnia 2012

Kalibrowanie opinii publicznej czyli kłamaliście panowie

Inaczej tego nie da się określić niż zrobiłem to w tytule. Od konferencji pana prokuratora Szeląga 30 października, gdy padły słowa, że  Biegli pracujący w Smoleńsku nie stwierdzili na wraku TU-154M trotylu, ani żadnego innego materiału wybuchowego”* nie były przez stronę polską prowadzone żadne inne badania wraku tupolewa. Zatem jeśli dziś pan prokurator Artymiak stwierdza, że „Według mojej wiedzy niektóre urządzenia, detektory w Smoleńsku (...) wykazały faktycznie TNT.” i na prośbę o powtórzenie „Wykazały na czytnikach cząsteczki TNT” oznacza, że wskazały właśnie wtedy oraz to, że albo kłamał wtedy Szeląg albo dziś Artymiak.
Ciekawe albo nawet i ciekawsze jest również kolejne stwierdzenie pana Artymiaka. Jak podaje TVN24, „prokurator dodał przy tym, że po skalibrowaniu urządzenia i zbliżenia go do opakowania pasty do butów, zareagowało także pokazując TNT”.
I to dopiero jest ciekawe. Bo cóż to znaczy, że detektory reagują wyświetlając informacje o trotylu po zbliżeniu do pasty do butów czy na przykład mitycznego „namiotu z PCV” po jakimś tajemniczym „skalibrowaniu”? Dalej pytajmy czy komunikat o wykryciu podobnych „cząstek wysokoenergetycznych” w drugim tupolewie nie wiązał się znów ze „skalibrowaniem” urządzenia tak jak przed zbliżeniem do pasty?. Wreszcie czy w drugim tupolewie urządzenie wykryło te jakieś tam „cząstki” czy również wyświetliło po prostu TNT?
W świetle dzisiejszych informacji, przekazanych przez tę samą instytucję, która odegrała główną rolę w zdarzeniach z 30 listopada jaśniejsze staje się zarówno pilne spotkanie prokuratorów wojskowych z Seremetem, spotkanie Seremeta z Tuskiem i wreszcie Hajdarowicza z Grasiem. Pozwolę to sobie nazwać KALIBROWANIEM oficjalnej wersji. Służącej nie informowaniu lecz, jak to się wprost wyraził pan Szeląg, „uspokojeniu opinii publicznej”. Ja już pisałem, że prokurator nie jest od uspokajania tylko od innych czynności. Zatem ta opinia publiczna także została zwyczajnie przez prokuratorów SKALIBROWANA.
Proces KALIBROWANIA wyszedł panom prokuratorom przednio. Zrobili dokładnie to, co zarzucano, wychodzi, ze z wielką krzywdą dla niego, Gmyzowi. Potrząsnęli sceną polityczną zmieniając w znacznym stopniu układ sił. Przypomnę, że niektórzy nazwali to, mając na myśli „Rzepę” i Kaczyńskiego, czymś w rodzaju próby zamachu stanu.
Skoro wtedy tak to wyglądało, myślę, że będzie wyglądać i teraz. Tyle, że zamachowcem nie jest już Gmyz i Kaczyński tylko pan Szeląg et consortes. Nie da się inaczej na to patrzeć. Ot prosta logika tamtych wypowiedzi.
I teraz czekam co na to pan Seremet i pan Tusk. O Hajdarowiczu nie będę gadał go gość, który sprzedaje swoich dziennikarzy jakiemuś ministrowi bo to jego kumpel nie zasługuje by w ogóle o nim myśleć i gadać.

Liga Przeciw Zniesławieniu. TVN-u



Abstrahując od spraw istotnych… Są  jeszcze w ogóle takie w kraju nad Wisłą?  Poza planowaną jak najbardziej serio od niedawna olimpiadą w Zakopanem?
Abstrahując więc od spraw wydających się istotnymi chciałbym zwrócić uwagę na rzecz ciekawą  i jakoś wpisującą się w ostatnie dyskusje. W sposób arcyciekawy bo niejako określającą przy okazji co  być może jest teraz tutaj najistotniejsze. Ale po kolei.
Myślę, że większość czytelników słyszała lub czytała o utworze rapera Ptaku zatytułowanym „Płoną wozy TVN-u”. Większość pewnie nawet mogła go wysłuchać bo pojawił się i tutaj. Ja w każdym razie zetknąłem się z nim właśnie w ten sposób, że ktoś pod moim tekstem wkleił go w komentarz.
Utwór zrealizowany jest tak, że przynajmniej ja nie mogłem do końca zrozumieć wszystkich słow. Poszukałem więc ich w necie znajdując na niezastąpionych teksiorach.pl*. Tam przy okazji odkryłem dla mnie coś zaskakującego. Nad tekstem znajduje się okienko w którym, przynajmniej teoretycznie, można sobie wyświetlić z jutuba stosowną wersję. Teoretycznie bo kiedy spróbowałem włączyć odtwarzanie, pojawiła się informacja „Ten film wideo jest niedostępny w Twoim kraju”. To „w Twoim” z wielką literą to taka forma grzecznościowa w tym zaskakującym komunikacie. Popędziłem do źródła czyli do samego You Tube i tam również spotkałem się z tym samym. Z tą samą informacją. Utworu posłuchałem w naprawdę zaskakującym miejscu, którego nie zdradzę.
Dziś Ptaku i jego rymy można znaleźć w YT ale pod filmem liczba wejść wynosi 914 (inna wersja 7171) i komentarz „usunięty znów powraca” albo „Proszę o kopiowanie. Film jest niechciany...”. Pomyślałem, że jest to coś normalnego w tamtym miejscu i dalej ruszyłem na poszukiwania innych „filmów wideo niedostępnych w Twoim kraju”.  Przyznam, że pojechałem po bandzie i znalazłem całą masę ciekawych klipów, nawet „film wideo” dostępny jak najbardziej w „Twoim kraju”, przedstawiający przystojniaka w mundurze SS, stojącego bez ruchu prawie pięć minut przy dźwiękach wzruszającej piosenki z patriotycznym przekazem odśpiewanej w języku polskim. Wisi to wszystko od lat i nikomu nie przeszkadza. Co ciekawe przy tamtych klipach nie znalazłem też zastrzeżenia, które jest przy utworze Ptaku. Brzmi ono „
Wychodzi więc na to, że w naszym czy tam „Twoim” (kim on by nie był) kraju jedynym „niedostępnym filmem” jest utwór, z którym padają słowa „mamy prawo palic wozy telewizji, która kłamie” oraz „Mówię: nie, tak nie będzie, że mnie będą w chu** robić: Pochanke, Olejnik, Sianecki, Kajdanowicz
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że „palenie wozów TVN-u” jest na jutubie większym grzechem niż wieszanie i strzelanie nie dlatego, że jest nim zawsze i wszędzie ale dlatego, że ktoś o to zadbał. Może to oczywiscie jacyś wolontariusze, którym stan zmotoryzowanej floty „zaprzyjaźnionej stacji” leży jakoś szczególnie na sercu. Bardziej niż wszystko inne łącznie z postponowanym Narodem Wybranym. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że owa „Liga Przeciwko Zniesławieniu TVN-u” to inicjatywa wewnętrzna koncernu, który „zaprzyjaźnioną telewizję” posiada.
I tu mam taką uwagę do owych decydentów czy ich pomocników usiłujących ganiać w otchłani internetu i kasować każde złe słowo na swój temat. To najgłupsze, co można w tej sytuacji można zrobić. Wiadomo jacy są internauci. Czasem pewnie siedzą sobie z piwem i oglądają porno ale szczególnie lubią przekomarzać się z różnymi ważniakami, którzy myślą, że jak jakiś kawałek świata do nich należy to mają prawo pakować się ze swymi pretensjami i manią wielkości w sieć i narzucać innym co wolno a co nie. Taka metoda to najgłupsze, co można zrobić. Zabijecie panowie z ITI jednego Ptaku w necie, w jego miejsce będzie stu a później tysiąc. Stąd pewnie teraz zamiast cięcia ostrzega się, że to dla dorosłych :). Ale to też złe wyjście. Ci z piwem nie omieszkają się rzucić i na to.
Dużo prostsze i bez wątpienia bardziej efektywne byłoby zastanowić się czemu Ptaku mówi co mówi. A kiedy to się stanie jasne dla was. Panowie z ITI, idźcie i nie grzeszcie więcej. A będzie wam odpuszczone.


wtorek, 4 grudnia 2012

Huśtawka (Mikołaje)

Nie będzie żadnej opowiastki o jednej z ulubionych plenerowych zabawek dla dzieci. Ani tym bardziej o huśtających się Mikołajach. Choć pewni byłoby ciekawie.
Przyznam się jak najpoważniej do tego, co mi towarzyszy za każdym razem gdy przychodzi mi reprezentować akcję RenKi i KaZeta. To jest właśnie ta huśtawka z tytułu. Najczęściej jest się na dole z obawą, że nie uda się ale bywa, niby rzadziej niż to pierwsze, że człowieka unosi.
Najłatwiej było za pierwszym razem gdy bodaj w tydzień prawie wszystkie prezenty były wręcz rozdrapane a skrzynka pełna niezwykle wzruszających listów od tych, którzy nie mogli inaczej wesprzeć jak właśnie miłym słowem. Za każdym razem pierwsze dni są takie euforyczne, kiedy wydaje się, że wszystko poleci błyskawicą. Później już tak nie jest i zdarza się, że zaczynam się bać. I wtedy jakoś nagle, z niewiadomego powodu huśtawka idzie w górę bo ktoś, dwa ktosie albo nawet więcej pojawia się chcąc pomóc.
Dziś rano, kiedy planowałem ten tekst, miał on bardziej ponurą wymowę. Ale to było zanim nie okazało się, że znów przybyło na liście dwie osoby.
Już jest za połową. Oczywiście nie znaczy to, że pozostaniemy w stanie tej dzisiejszej euforii. Nie. Bo jak na razie w połowie już jest ale i w połowie jeszcze nie. A czas płynie. I to tylko w jedną stronę.

Tu kilka listów. Jest więcej ale to następnymi razami. Aż do końca.





Jak Kaczyński zabił brata. Gazetą (o mediach i ich ofiarach)

Przepraszam za tytuł jeśli ktoś uzna go za kuriozalny albo drastyczny. W tym przypadku dość nieudolnie dopasowuje się on do poziomu znacznej części naszej prasy i mediów elektronicznych oraz do intelektu niektórych naszych szanownych kolegów.
Piszę na szybko bo ostatnio czas mam w dość dziwnych porach albo nie mam go wcale. Zajrzałem swoim zwyczajem do mediów elektronicznych i już w pierwszym (onet)  znalazłem naprawdę sensacyjny tytuł: "W czasie rozmowy J. Kaczyńskiego z bratem padło: »lądujcie«". W tekście tak zatytułowanym pojawił się jeszcze bardziej oczywisty śródtytuł: „Paweł Deresz: Padło sformułowanie "Lądujcie koniecznie w Smoleńu”, który zresztą kierował do źródła informacji. Informacja to wywiad z Pawłem Dereszem w tabloidzie „Fakt”. Wcale nie sensacyjny bo swoim zwyczajem Deresz powtarza wszystkie oficjalne komunikaty w sprawie Smoleńska i dodaje to, co się jemu wydaje. Najbardziej istotny w tej sprawie fragment brzmi:
„Ale wcześniej, czy później zostanie ujawnione nagranie amerykańskich i rosyjskich służb wywiadowczych, które – o czym jestem przekonany(podkreślenie moje)– potwierdzi, że w czasie rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z Lechem Kaczyńskim padło sformułowanie "Lądujcie koniecznie w Smoleńsku".**
Ów materiał, a jakże, zatytułowany został równie sensacyjnie, jak ten z onetu: Paweł Deresz: Padło sformułowanie ”Lądujcie koniecznie w Smoleńsku”
Szybko rzecz rozpełzła się po innych mediach. W Wirtualnej również znalazłem informację pod tytułem "Padło sformułowanie 'lądujcie koniecznie w Smoleńsku”***,w „Dzienniku” podali, żeKaczyński kazał bratu lądować - oskarża mąż ofiary smoleńskiej**** co i tak wyróżnia się in plus na tle twórczości innych cytowanych mediów. W końcu „Dziennik” to gazeta z jakimiś tam ambicjami. Podobnie jak „Polska the Times”, która też rzecz dość ostrożnie zatytułowała „Deresz: To Jarosław Kaczyński kazał bratu lądować w Smoleńsku”*****
Niestety czy też na szczęście (niech czytelnik wybierze sobie opcję, które mu pasuje), nie znalazłem wspomnianej sensacji ani na stronie „Wyborczej” ani „Rzeczpospolitej”. Również Superexpress odpuścił sobie tę sensację ale tu akurat przyczyna tkwi pewnie gdzie indziej niż w powadze pisma.
Przyznam szczerze, że taką jedność medialnego przekazu pamiętam tylko z przypadku „człowieka- pochodni” spod Kancelarii Prezesa Rady Ministrów kiedy prawie wszyscy prześcigali się w tym, by podać „absolutnie najważniejszą” informację o tym, że „Samobójca napisał też do Kaczyńskiego”.
Nie pisałbym o tym gdyby takie działania nie miały wpływu na opinie czytających. Że mają można się przekonać choćby i tutaj, w Salonie24. Nim zdążyłem przeczytać pierwszą informację, pojawiły się, jeden po drugim dwa teksty kolegów miniu („W rozmowie Kaczyńskich padło: LĄDUJCIE KONIECZNIE W SMOLEŃSKU!!!”)****** oraz jankapradery („To Kaczyński kazał bratu lądować”)*******
Jestem jak najdalszy od zarzucania obu kolegom chęci manipulowania. Dlatego sądzę, ze albo po prostu ograniczyli się do czytania wyliczonych przeze mnie tytułów albo nie za bardzo rozumieją tekst drukowany i nie byli w stanie pojąc zacytowanego wyżej, dereszowego „o czym jestem przekonany”.
Interweniując u Admina w sprawie zupełnie niezrozumiałego dla mnie zwinięcia wrednego ale nie przekraczającego żadnej dopuszczalnej granicy tekstu kolegi Wywczasa zapytałem nawet Admina czy nie uważa on, że raczej powinien chronić obu autorów przed śmiesznością.
Niemniej jednak dobrze, że koledzy miniu i pradera napisali od serca co napisali. W ten sposób pomogli mi wykazać jak bardzo media, przez niechlujstwo, durnotę pędzących za sensacją redaktorów czy też przesiąkłą premedytacją zła wolę potrafią wpływać na czytelników. Nawet takich, którzy mają pretensję do bycia wyjątkowo światłymi („Mądry zrozumie, a głupiemu i tak nie wytłumaczysz” – słowa, którymi swe teksty zwykł kończyć kolega pradera)

** http://www.fakt.pl/Jaroslaw-Kaczynski-kazal-ladowac-bratu-w-Smolensku-Pawel-Deresz-padlo-sformulowanie-ladujcie-w-Smolensku-,artykuly,190105,1.html

****http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/412511,pawel-deresz-to-jaroslaw-kaczynski-kazal-bratu-ladowac-w-smolensku.html

sobota, 1 grudnia 2012

Donald Tusk. Mąż stanu… (Żont jest gupi)



Ponieważ o megasuperhiperextra durnym pomyśle „monitorowania mowy nienawiści” przez rząd napisano i pisze się bez przerwy wiele, ja pozwolę sobie odnieść do jednego tylko, naprawdę pobocznego aspektu tej sprawy. Co zaś się tyczy meritum to naprawdę jestem ciekaw jak sobie to pan Boni M w ogóle wyobraża. Tak jestem tego ciekaw , że nawet gotów jestem wiele wytrzymać i głośno się domagać by na jeden dzień, tak pilotażowo ów twór ruszył z kopyta. Już sam potencjalny skład spać mi z ciekawości nie daje. Zatem gdyby pan Minister, w celach edukacyjnych, jak nie przymierzając pan prezydent gimnazjalistów historii, poglądowo pouczyć zechciał nas, obywateli miłości i tolerancji ja się na ten pilotaż od razu piszę. Od razu bym napisał „Żont jest gupi i do dupy” a gdyby wpadli do mnie pan Boni M i reszta rady (pod tekstem proszę wpisywać miasta i propozycje składu) by mnie wyleczyć z „mowy nienawiści”, na moje tłumaczenia, że miałem przecież na myśli „Żont” Gwatemali bez wątpienia wyśmialiby mnie i wyjaśnili, że oni już doskonale wiedzą, który  „Żont” jest do dupy.
Ale przejdźmy do sprawy, o której na początku wspomniałem jako o pobocznej i bądźmy choć przez chwilę poważni. Choć ja wiem, że wizja Bonbiego „ścigającego” mocno to utrudnia.
W tej sprawie, nie pierwszej zresztą w historii obecnej ekipy bardzo ciekawa jest reakcja pana Premiera Tuska. Jakby mocno zaskoczonego słowami (a pewnie i podjętymi działaniami) swego najbliższego, jak mówią, kolegi z rządu. Tu warto przypomnieć, że pan Boni M nie dzielił się jakimiś luźnymi przemyśleniami na temat rozwiązań w wywołującej w nim smutek sprawie lecz zapowiedział, że inicjatywa może ruszyć jeszcze w tym roku. Zatem trudno nie uznać za dziwna a nawet szokującą reakcję jego szefa, który zachował się tak, jakby nie tylko o pomyśle ale i o panu Bonim słyszał pierwszy raz w życiu. Bylibyśmy zaszokowani gdyby panu Premierowi Tuskowi takie zaskakujące reakcje nie zdarzały się po raz pierwszy. Wiadomo, wtedy nie pozostaje mu nic innego tylko „porozmawiać z kolegami” i „namawiać ich gorąco”. A jak nie posłuchają, panie Premierze?
Lubi Pan Tusk odsuwać od siebie odpowiedzialność. Lubi to chyba każdy równie mocno jak nie lubi ponosić odpowiedzialności za sprawy niemiłe. Ale istotne jest, by to robić jakoś tak finezyjnie.
Premier, który opowiada jak to musi się ministrów prosić by to czy tamto zrobili a tego czy tamtego nie robili jest żałosny. Żałośni są też jego zwolennicy, którzy bez wstydu i bez protestu na to patrzą.
Ja, wbrew temu, ze gościa nie lubię jeszcze bardziej niż jedzenia szpinaku podanego w konsystencji (jak mawiała jedna z mych kobiet) „gówiennej”, mam chyba lepsze zdanie o panu Tusku niż różne PPSZ-e z miłością wpatrzone w to jak Tusk odnosi kolejny sukces w zrzucaniu winy za kolejne durnoty na „kolegów” z rządu. Swoją drogą ciekawe jak się ci „koledzy” czują z takim kolegą? Jestem przekonany, że w rządzie Tuska nic bez wiedzy Tuska się zdarzyć nie może. A już na pewno żadna tam rada nie jest w stanie ruszyć „może jeszcze w tym roku”.
Jest więc pan Tusk takim „egzemplarzem bezjajecznym” który zapracował i ciągle w pocie czoła pracuje na te wszystkie opowieści o siedzeniu w szafie i czekanie co ludzie powiedzą i wymyślenie co on powie jak już ludzie powiedzą. Stroniącym od jakiejkolwiek odpowiedzialności za działania rządu jakby tylko obok niego przypadkiem przechodził.
Ale może być też inaczej. Co wyjaśni czytelnikom pierwszą część tytułu. Tego w nawiasie chyba wyjaśniać nie muszę… Otóż może być i tak, że status osiągnięty przez pana Tuska już mu pozwala na takie zachowania. Słowem jako oczywisty Mąż Stanu może już być za, a nawet przeciw. Historia zna takie przypadki.