sobota, 6 października 2012

„PiS-owski TVN” czyli zgroza na platformie



Pewnie niejeden raz było mi niezbyt miło z powodu, że stoję po tej stronie, po której stoję. Jednak wczoraj stwierdziłem, że nie ma tego złego… I nie chodzi mi wcale o takie banalne spostrzeżenia że „los w końcu musi się obrócić” i tym podobne. Nie! Po prostu widzę, że czasem zdrowo jest dostać w d**ę. Właściwie widzę to od dawna by mnie rzec od zarania bo rodziców miałem rozsądnych a ci w swym rozsądku nie wahali się użyć twardej ręki gdy twarda ręka była jedyną sensowną opcją. Ja zaś, choć nie mnie sądzić czy porządny ze mnie wyrósł człowiek, nie wyrosłem w każdym razie na złodzieja czy inny margines. Tak więc los chyba wcielił się w mych rodziców ucząc mnie pokory. A wczoraj, stosując najnowsze metody, takie jak choćby multimedia i statystyki, pokazał mi po co to robił.
Oczywiście tym, którzy wczoraj byli po tej stronie co ja zwracam uwagę, że entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost a wszelkie informacje o śmierci wiadomej mocno przesadzone.
Nie ci, którzy się wczoraj cieszyli stanowią jednak temat tego tekstu a i przy okazji powód mej troski. I to nie jest kpina. Mam na to świadków, że niektóre wczorajsze reakcje odbierałem z lękiem o tych, którzy reagowali jak reagowali
Pewnie nie przejmowałbym się i nie napisał tego, co piszę gdyby nie pewna przejmująca sytuacja właśnie z wczoraj.
„Skakałem” sobie po kanałach telewizora, który służy mi głownie jako środek usypiający (nie ma to jak się późną nocą dobić szczegółami produkcji „materiału o strukturze plastra miodu”) i w trakcie tego skakania wskoczyłem na chwilę w „Szkło kontaktowe” w wiadomym TVN-e. Akurat jakaś pani Aneta z Warszawy obdzielała tak zwanymi (choć kulturalnymi jednak) jobami pana Miecugowa za to, że ten a właściwie jego stacja jak zawsze (!) niesprawiedliwie, tendencyjnie i z premedytacją szkodzi Premierowi atakując go czymś tam mało istotnym. Tylko przez chwilę sądziłem że chodzi o Kaczyńskiego bo zaraz się wyjaśniło, że chodzi o wiadome zdjęcia z meczu i jednak pana Premiera Tuska. Zdenerwowany Miecugow w pewnej chwili wyszedł z roli „przyjmującego wszystko na klatę” i odgryzł się pytając „A Kaczyńskiego to oczywiście byłoby wolno?” No dosłownie jakby był jednym z nas, „pisiorów” poniewieranych swym zwyczajem przez światłych posiadaczy pięknych myśli.
Ale nie był to koniec tej historii. Ledwie wyłączyła się pani Anita, zadzwonił pan (bodaj) Mariusz z Wrocławia. Oświadczył, że całkowicie zgadza się z panią Anitą, i to nie tylko on się zgadza ale i cała jego rodzina! Dodał też, że TVN24 był dotąd ich ulubionym kanałem ale to się zmienia, bo ten staje się „telewizją jednej opcji politycznej”.  Wytrząsające, prawda?!
Wiem, myślicie, że zmyślam. Ja sam tak bardzo nie wierzyłem w to, co słyszałem i widziałem a nadto było mi tak żal tego „pisowca” Miecugowa gdy się wzięła za niego ta chyba lepsza połowa społeczeństwa, że przełączyłem szybko na powrót na te „materiały o strukturze plastra miodu”.
Ale wrażenie pozostało. I to bez ochoty do kpin. Ochoty, która powinna być czymś naturalnym wobec tego, jak zachowywali się dotąd nasi adwersarze a nadto kuszącej bo objawionej nagle i nie wiadomo na jak długo. Wszak powiedziałem, żeby nie spieszyć się z pogrzebem.
Ale co by się dalej nie działo, ile by nie „odzyskała” siła przewodnia do następnego badania, bezcenny pozostanie ten widok Miecugowa i jego stacji TVN jako telewizji „jednej opcji politycznej”. (wiem, nadużywam pogrubień i podkreśleń ale zwyczajnie powstrzymać się nie mogę ! :). I bynajmniej nie tej, z którą wedle Mistrza wiadomego była od lat zaprzyjaźniona.
Tak przy okazji ten wczorajszy atak nasunął mi też kilka równi smutnych ale tym razem całkiem poważnych myśli. Sposób, w jaki niektórzy starają się sobie poradzić z ukazaną wczoraj opresją ich opcji pokazuje, jak bardzo fasadowo oni, usiłujący uchodzić za tę część społeczeństwa, która generuje w sobie wszystko to, co lepsze i nowocześniejsze, pojmują demokrację i jej reguł. Ta wczorajsza trauma jeszcze bez powodu pokazała, iż muszą oni wierzyć, ze Tusk i PO mogą rządzić wiecznie. Niczym jakiś postsowiecki satrapa w Kazachstanie czy Kirgistanie. A każda próba krytyki jego osoby i otoczenia jest czynem antypaństwowym.
Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, zapraszam do oglądania pocztu „mniej lub bardziej kłamliwych dziennikarzy” prezentowanego nieopodal*
I choć może się to wydawać zabawne albo żałosne, tak naprawdę jest groźne. Jak bardzo, widzieliśmy nie tak znowu dawno.
ps. Ten wczorajszy wynik i towarzyszące mu zamieszanie, wbrew swej prawdziwej wadze, może mieć dla naszej polityki poważne konsekwencje. Jakie, o tym pewnie jutro.

piątek, 5 października 2012

Do pana Seremeta kilka pytań i uwag ws. identyfikacji



Wrócę jeszcze do sprawy identyfikacji ciał pani Anny Walentynowicz i pani Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej.
Wrócę bo od jakiegoś czasu coś nie dawało mi spokoju. Dziś jadąc z pracy wpadłem cóż to takiego. Coś, co świadczyć może o tym, że się pan Seremet mocno pomylił ferując z sejmowej trybuny swój wyrok wobec rodzin albo też był w tym, co mówił, skandalicznie niechlujny. Ale po kolei.
Podążając śladem tej, nie wiadomo do końca, pomyłki czy też nie pomyłki, zaczął pan Seremet od uświadomienia nam, że z dokumentami, które z Rosji otrzymali prokuratorzy, przyszła też informacja, sporządzona dwa tygodnie po identyfikacji ciała Anny Walentynowicz (29 kwietnia 2010 r.), podważająca w oparciu o przeprowadzone badanie DNA, możliwość prawidłowej identyfikacji tego właśnie ciała. Słowem, materiał genetyczny, użyty w badaniu pochodził od Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej a nie Anny Walentynowicz. Tego oczywiście nie powiedział ale gdyby było inaczej, rozgrzebałoby więcej grobów a nie dwa.
I tu coś mi się nie zgadzało. Bo albo badania wykonano w stosunku do wszystkich ciał tam w Moskwie, i wtedy tak samo powinien być w papierach wynik badań, podważający identyfikację Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej.
Tu pierwsze pytanie do Szeremeta. Był taki dokument czy nie?
Jeśli zaś nie wobec wszystkich takie badania przeprowadzono to jaki był klucz.
Czy takim kluczem nie była na przykład niepewność i wola rodzin, które tej pewności potrzebowały a same nic już nie były w stanie uczynić i o takie badanie prosiły?
I tu przejdę do relacji przedstawicieli rodziny Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej. Otóż oni, opowiadając o kulisach identyfikacji swej krewnej, oprócz faktu stuprocentowej pewności rozpoznania ciała Anny Walentynowicz, stwierdzili też, że w swoim przypadku pewności nie mieli do końca. Podali pewien szczegół budowy ciała zmarłej, który ich przekonał. Ale i wtedy stwierdzili, że pewni są na dziewięćdziesiąt kilka procent. I, jak twierdzą i może być to  naprawdę istotne by nie rzec kluczowe w tej sprawie, poprosili panią Kopacz o wykonanie badań DNA. Ta zgodziła się i, wedle znanej dość dobrze relacji tej rodziny, następnego dnia poinformować ich miała, że „wszystko jest w porządku”.
I tu kolejne pytanie. Dlaczego, skoro pan Walentynowicz z taką pewnością rozpoznał matkę i nic nie wiadomo, by prosił o test DNA (jeśli prosił, niechlujny w rzucaniu oskarżeń pan Seremet powinien o tym poinformować), czemu ten test robiono a nie robiono go mimo próśb drugiej rodziny?
Jeśli zaś są dwa testy, czemu Seremet powiedział o tylko jednej pomyłce. W stosunku do ciała A. Walentynowicz.
I na koniec taka uwaga. Mocno mi się przestaje zgadzać wersja Seremeta, skoro wiem, że o test prosili krewni pani Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej a nie prosił pan Walentynowicz (nic o tym nie wiadomo). Jak się domyślam, pobrano z ciała uznanego przez wspomnianą rodzinę za ich krewną próbkę do badań i zbadano. Bo chyba nie odmówiono?
I co?
I jak na razie wiemy tylko, że jest jeden wynik badania próbki, wskazujący że pochodzi z ciała Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej. Nic nam nie wiadomo, że jest też inna próbka, która wskazała na Annę Walentynowicz. A tak musiałoby być, gdyby te fakty, które znamy, zgadzały się z tym, co sugerował Seremet.
Wniosek jest więc taki, że albo badano oba ciała i z nieznanych powodów błąd znaleziono tylko w jednym przypadku identyfikacji, co jest oczywistym absurdem, albo badano tylko jedno.
Problem w tym które i dlaczego. Jeśli zgodnie z wolą rodziny badano to, zidentyfikowane jako Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej to ów test wskazuje, że nie było żadnej pomyłki w identyfikacji. Musiał nastąpić już po identyfikacjach.
Jeśli zaś badano tylko ciało wskazane z taką pewnością przez pana Walentynowicza i innych to czemu zignorowano wątpliwości rodziny Teresy Walewskiej- Przyjałkowskiej?
Konkludując, albo mamy dwa wyniki badań DNA wskazujące na inne rozpoznanie niż w trakcie identyfikacji, albo żadnej pomyłki nie było.
Inaczej, panie Prokuratorze Generalny, być nie może.

czwartek, 4 października 2012

Ratujcie się! (o ludziach z Donaldem u szyi)



Przeczytałem właśnie, że ponoć na Czerskiej lękają się publikować najnowszy zamówiony przez siebie i zapewne jakoś tam nawet przepłacony wynik badań opinii. Lękają się bo im wyszło, co wyszło a nie to, co by chcieli.
Ja im się nie dziwię. Bo choć to tylko kilka słupków, wiemy, że na tych słupkach można wiele zbudować a znowu bez nich obalić się może nawet wyglądająca dotąd na najsolidniejszą konstrukcja.
Bo jak raz się okaże, że to, co zdawało się być nie do pokonania, można jednak wyprzedzić, niejeden, któremu imponowała tylko ta siła i ten etos zwycięzcy, może zacząć spoglądać w inną stronę.
Psychologia tłumu bywa pozbawiona logiki ale cóż ty zrobisz…
Jeśli by próbować wskazać, na czym opiera się to obsunięcie a może nawet upadek Platformy, trudno dziś pokazywać powód bardziej prawdopodobny by nie rzec oczywisty niż Donald Tusk.
Ów teflonowy do niedawna osobnik, który potrafił przez najgorsze g***o przejść nie paskudząc sobie nawet mankietu u spodni, musiał się w jakimś momencie przepalić niepostrzeżenie. Nie wiem w którym momencie. I nie jest to na tak naprawdę najistotniejsze. Istotne jest to, co znawcy teflonowych powłok muszą przyznać. Że jak już się przepali, choćby w kawałki, całość jest do wyrzucenia.
I to jest właśnie moja rada dla tych, którzy mniej lub bardziej szlachetnych powodów nie zamierzają iść na dno z panem Donaldem uwieszonym ich szyi. Choć myślę, że są teraz bardzo zagubieni a może i w jakiś sposób lojalni, pamiętając, że z 98% ich publicznej pozycji wzięło się z łaski pana Donalda.
Tyle, że teraz ów pan Donald jest istną tarczą strzelniczą. W dodatku mającą wielkość transatlantyku i nawet za bardzo już starać się nie trzeba bo czego i gdzie się nie rzucić albo się trafi albo choć opryska pana Donalda.
Takiej czarnej serii nie miał chyba żaden z polityków naszej wolnej Polski. I to jest dopiero fenomen. A może nawet jakiś znak od losu, pokazujący że jak by się sprytnym nie było, każda nasza złość i podłość musi do nas wrócić odbijając w nas po dwakroć albo i wielekroć. Tak więc jedyne, czego można się teraz już tylko spodziewać, to jakaś kolejna pozostałość sesji zdjęciowej, na której w towarzystwie pana Donalda objawią się takie nazwiska i postaci że nam mowę odejmie i wzrok zaćmi.
Kilka akapitów wyżej umieściłem taki skromny apel do „platformersów” by ratowali się nie oglądając na Tuska. Trochę w tym takiej odpowiedzialności za stabilność polityki, z której nie jest i nigdy nie będzie bezpiecznie pozbyć się na raz tak wielu tych, co na to zasługują. A przy tym też takich, którym warto dać jednak drugą szansę. Ale ta moja odpowiedzialność to tylko taki mały procent moich motywacji.
Nigdy nie ukrywałem kompromitującej mnie chyba jakoś słabości, polegającej na tym, że poza całkiem poważnym podejściem do spraw, o których piszę i które komentuję, kieruję się też całkiem wyabstrahowaną ze wszystkiego, tak mocną jak się tylko da nie popadając w uczucia w rodzaju złości i nienawiści, niechęć do pana Donalda. Często napędzającą mnie w taki fejny sposób, w jaki wbrew naszym najwznioślejszym nawet uczuciom czasem kontrolę nad nami przejmuje to coś, co czujemy gdy patrzymy na jakąś starszą panią gdy ta się potyka i później, nim upadnie biegnie takimi wielkimi krokami próbując złapać równowagę.
Ja wiem, że to źle nie znosić kogoś dla samego nie znoszenia. Ale tak mam i już. I takiego siebie bardzo lubię.
Ale do rzeczy. Lubiąc siebie takiego i dla odmiany nie cierpiąc pana Tuska takiego, jakim jest, często zastanawiałem się jak to będzie fajnie, gdy będzie on z pudłami ewakuował się z Małego Pałacu. Mam nawet pokusę by mu w tym towarzyszyć dodając takiej fałszywej otuchy w tych smutnych acz zasłużonych wysiłkach. Ale takie „fajnie” byłoby bez wątpienia nie tym, co najfajniejszego z mego punktu widzenia może go spotkać a przy tym też tym, na co w pełni zasłużył.
Najfajniej by było, gdyby upadł pan Tusk nie razem z całą partią. Takie rzeczy się nie tylko zdarzają ale w demokracji są czymś naturalnym.
Najfajniejsze byłoby, gdyby pana Tuska „upadli” próbując ratować siębie, starając się nie pójść razem z nim na dno.
Jakby tak sam z tymi pudłami wychodził a z okien z chichotem żegnaliby go ci, co jeszcze nie tak dawno drżeli przed nim, chowali się do szafy słysząc że idzie i bez reakcji przyjmując jego gniew w postaci butów wycieranych w ich marynarkę.
I do nich właśnie mówię: Ratujcie się! Nie idźcie na dno z Donaldem u szyi! Bez niego jeszcze trochę możecie utrzymać się na powierzchni.
Choć i tak utoniecie. A skoro to i tak nie uniknione, zróbcie  mi choć tę przyjemność.

Błędna identyfikacja czyli gdański układ i niezależny Seremet

Wczoraj, na koniec dnia okazało się, że w „kikolskim” „przybijaniu piątek” oraz w rzucaniu się innym na szyję pan Donald Tusk był bardziej zamaszysty niż początkowo sądzono. I w zaszczytnym gronie obdzielonych, oprócz prezesa sądu znalazł się również szef prokuratury, Ściślej mówiąc, obok prezesa sądu stającego na baczność przez „asystentem z kancelarii Prezesa Rady Ministrów” znalazł się szef prokuratury, prowadzącej postępowanie wyjaśniające w sprawie obejmującej też syna Prezesa Rady Ministrów.
W efekcie pan Prokurator Generalny, w ramach „niezależności prokuratury, wezwała rzeczonego szefa prokuratury by ten cała rzecz wyjaśnił. Co z tego wyniknie? Ano właśnie…
Obstawiam, że pan Seremet wyjdzie do opinii publicznej i wyjaśni, iż w sprawie rzekomej afery po prosto doszło do… błędnej identyfikacji ciał i ten, z kim przybijał sobie piątkę pan Premier to wcale  nie żaden tam szef prokuratury. A karygodną pomyłkę popełnili dziennikarze.
Może to zbyt gruby żart ale nic innego nie przyszło mi w pierwszej chwili do głowy wobec faktu, że nasze prawo konstytucyjne doszło do ściany i pod tą ścianą rzewnie płacze. Mamy oto sytuację, że prokuratora, który ma nadzór nad postępowaniem dotyczącym w jakiejś części syna Premiera, prosi o wyjaśnienia najwyższy prokurator, który kontrolowany jest przez owego Premiera. Co więcej od dłuższego czasu nie może doczekać się od owego Premiera nie tylko skwitowania ale choćby wyjaśnienia, czemu tego skwitowania nie ma.
Aż się ma w takiej sytuacji cała tą prawną łamigłówkę skwitować pytaniem co za pozbawiony wyobraźni idiota tak skomponował w ustawie kwestię poddawanie się przez Prokuratora Generalnego corocznej procedurze zdawania spraw ze swej działalności. Skoro jest w ustawie przepis, że za ewentualne występki może go odwołać kwalifikowana większość sejmowa, co szkodziło by się ów urzędnik rozliczał przed Sejmem? Wszak prawdopodobieństwo nadzorowania spraw tych prawie 300 posłów stanowiących ostoję jego prokuratorskiej niezależności jest o niebo mniejsze niż sytuacja, z którą mamy do czynienia, czyli konieczność oceny działań wobec rodziny tego, co trzyma los Prokuratora w garści.
Co zaś się tyczy głównego sprawcy zamieszania, jego stadionowych obyczajów i stadionowego towarzystwa, już jest bardzo ciekawie. Jednak fakt, że tak nagle ktoś „dotarł” do tych filmów pozwala sądzić, iż przed nami kolejne bardzo interesujące „identyfikacje ciał”, które wiele mogą powiedzieć i o panu Premierze i o tym mitycznym już jeśli chodzi o skalę powiązań oraz swą potencjalną moc „gdańskim układzie”. Powoli wyrasta nam przepiękna mieścina nad Motławą, Wisłą i zatoką na przerażającą Gomorrę, w której trudno zgadnąć kto jest ten zły a kto ten… jeszcze gorszy.
Jak tak dalej pójdzie, porządni obywatele mieściny nad Motławą, Wisłą i zatoką będą w towarzystwie podawać się za Sopocian a być może i za gdyńskie „śledzie”, puszczające mimo uszu kpiny, że u nich trzeba autobusy sznurkiem wiązać. Będzie to mniejszy obciach niż przyznać się, że gdzieś tam, kiedyś tam miało się okazję z tym i owym przybić sobie piątkę.

http://www.tvn24.pl/szef-prokuratury-sprawdzajacej-syna-premiera-kibicowal-razem-z-tuskiem,280532,s.html

środa, 3 października 2012

Co wyście im zrobili… (smutnej pani w czarnej sukience)



Na wstępie ostrzegę tych, którzy mieliby ochotę podyskutować w tonie „takie rzeczy się zdarzają”. Każdemu napompowanemu „mądrością” tego autoramentu zacznę z całego serca życzyć by i jemu „taka rzecz się zdarzyła”. Żeby sam poczuł, co się wtedy czuje. Tak byłoby najsprawiedliwiej. Choć wiem, że jest źle komuś tak życzyć.
Obejrzałem wczoraj część rozmowy Piotra Kraśki z Joanna Racewicz. Nawet cieszę się, że tylko  część bo było to doświadczenie, nad którym trudno przejść spokojnie do porządku. Tak, jak kiedyś trudno mi było przejść do porządku nad rozmową, jaką po projekcji filmu „Trzech kumpli” stacja TVN przeprowadziła z Lilianą Sonik i Ewą Milewicz. tamto doświadczenie sprawiło, że zacząłem pisać w Salonie24.
Myślę, że sprawą najistotniejszą z punktu widzenia osoby słuchającej rozmowy było to, czemu pani Joanna dość nagle, po ponad dwóch latach, przez które pozostawała ze swym bólem i wszystkim innym sama (z bliskimi), poza świadomością i ciekawością opinii publicznej, zdecydowała się na wywiad dla „Wprost” i na te rozmowę. Ona powiedziała to bardzo wyraźnie. Powiedziała, że teraz, w związku z tym, co dzieje się ostatnio czy raczej co ostatnio ujawniono, w niej i nie tylko w niej zasiano ziarno niepewności.
Ona nie ukrywała całego bagażu niewiary i wątpliwości, jaki już wcześniej miała przyglądając się temu, co działo się ze śledztwem. Miała przecież w ręku papiery, które dotyczyły jej męża ale równocześnie nie mogły go dotyczyć. I wszystkim, na czym wisiał ten jej spokój w bólu, było przekonanie, że choć na koniec dostała tę swoją trumnę. Teraz i ona symbolicznie jak na razie została jej zabrana.
Nie będę się silił na odmalowywanie tego niepokoju, którego ziarno dosięgło i jej. Wiem o tym dokładnie tyle, ile ci wszyscy „mądrzy i rozsądni” od „takich rzeczy”, które „się zdarzają”. Powiem tylko, że teraz to samo muszą czuć wszyscy albo prawie wszyscy pozostali. Mający, tak jak pani Joanna wątpliwości oraz ci, którzy są pewni czy raczej chcą być pewni. Mnie ten stan najdobitniej uświadomiło pytanie, jakie mało rozsądnie zadał prowadzący. Piotr Kraśko zapytał, a ja chcę wierzyć, że nie było to powodowane w najmniejszym stopniu chęcią uczestniczenia w zamazywaniu winy tych, którzy są winni, czy nie lepiej by było, żeby to nie prokurator a rodziny miały decydujący głos w kwestii rozkopywania grobów.
Redaktorowi Kraśce nie przyszła na myśl pewna prosta zależność, która w przypadku każdej pomyłki czyni ze zmarłych coś na kształt syjamskich bliźniaków połączonych ze sobą nierozerwalna nicią błędu. I każda stwierdzona pomyłka po prostu musi dotyczyć co najmniej dwóch grobów, dwóch osób i dwóch rodzin. Jeśli ktoś nie leży pod swoim nazwiskiem, leży gdzie indziej a w jego miejscu leży ktoś, komu pali się znicze i nad kim się modli w innym miejscu. Nie da się inaczej. I sprzeciw jednej rodziny nie może odbierać prawa do swojego grobu  drugiej, jeśli tamta się tego prawa domaga. To jest tragiczne. I to tych od pomyłek obciąża dodatkowo.
Nikt z nas, jeśli ma w sobie choć minimalny zasób delikatności, nie ma po prostu prawa „wiedzieć lepiej”, że nie ma różnicy gdzie kto leży bo on by w takiej sytuacji… Niech on najpierw znajdzie się w takiej sytuacji.
Ale dajmy spokój i tym, którzy tylko „wiedzą lepiej” co powinni czuć, czego chcieć i czym zadowolić się winni bliscy ofiar. Zostawmy ich z ich obrzydliwą pychą i równym jej bezwstydem.
Zwrócić chcę uwagę na jeszcze uczucia innych. Tych, którzy nie mają takich problemów a w zamian zdają się mieć inne. Nie maja tych problemów bo oni niby nie mają tych swoich a może nie swoich trumien. Napisałem „niby” nie bez przyczyny.  Napisałem tak mając świadomość, że pewnym ludziom uczucia zastąpiła statystyka. Statystyka trumien i grobów. I w tym ich rachunku akurat wszystko się zgadza. Zgadza się od samego początku a oni wręcz domagają się za ten udany rachunek uznania i nagrody. W ich pojęciu jest w tym nawet wartość dodana w postaci „sprawnie przeprowadzonych pochówków”. Oni z niepojętą lekkością dodają jeszcze, że „godnie” ale ja tego nawet nie powtórzę bo dziś grzechem jest nazywać to, co się stało czymś godnym.
Wykładnie tego myślenia dał pan Boni przekonując, że „wszystkim zleżało żeby ciała sprowadzić i pochować szybko”. Nie wiem jak szeroko sięga w przypadku pana Boniego ta kategoria „wszyscy”. jak domyślam się a wręcz pewien jestem, że nie fatygowali się zapytać owych „wszystkich” w pełnym rozumieniu pojęcia wszystkich. I nie ma tu znaczenia, ze nie pytano mnie. Bo ja mam tu do gadania dokładnie tyle ile ci „wszyscy”, których domyślam się w słowach Boniego. Tym „wszystkim” bez wątpienia zależało akurat by było szybko. Snuć można domysły czemu zależało i czemu „szybko” nie oglądając się na to, że po prostu się nie da. A nawet nie wolno.
I tu dochodzę do końca, który nie może obyć się bez konkluzji. Bez nawiązania do człowieka, który stanął przed obywatelami i stwierdził, ze „bierze pełna odpowiedzialność”. Bo co to tak naprawdę znaczy? Jak na razie tylko przekonanie o całkowitej bezkarności. O tym, że ta jego „pełna odpowiedzialność” jest czymś jak zapach samca alfa studzący zapał wszystkich pomniejszych.
Pełna odpowiedzialność, o czym musi wiedzieć także ów człowiek używający wspomnianych słów, jest odpowiedzialnością za wszystko. Za każdy schrzaniony czy niedopilnowany element tej sprawy. Gdyby zechcieć je wszystkie wymienić, byłoby tego sporo.
Zatem jeśli ktoś bierze „pełna odpowiedzialność” to po to, by za nie odpowiadać. Takie jej określenie zwalnia mnie i każdego innego z rozważań kto i gdzie wykazał brak uwagi albo kompetencji. jest człowiek, który, być może na wyrost, powiedział „wszystko to moja wina”.
Zatem kiedy nie mogłem się uspokoić po wysłuchaniu Joanny Racewicz i  z wściekłością krzyczałem w duchu „Co wyście im zrobili?!” oczekiwałem, i nadal oczekuję że wzięcie odpowiedzialności będzie czymś więcej niż pustym gestem pozbawionego uczuć cynika. Będzie odpowiedzialnością w takim rozumieniu, jak się ją rozumieć powinno.

wtorek, 2 października 2012

Dzień sprzątania czyli Mariusz Kamiński pod rękę z TVN-em



Kiedy przeczytałem na stronie TVN24 informację, że prokuratura uczestniczy w niszczeniu dowodów korupcji sięgającej Sądu Najwyższego, omal nie zareagowałem jak pies Pawłowa uznając, że skoro… Że skoro TVN to znaczy, że prokuratorzy są OK, sędziowie są OK tylko to okropne Centralne Biuro… Okazuje się jednak, że sprawa jest bardziej zawiła a może nawet to absolutne ekstremum bo wyszło, że w tej sprawie TVN gra w tym samym teamie co Mariusz Kamiński. TEN Mariusz Kamiński. A jak on i TVN grają w tej samej drużynie, coś musi być na rzeczy.
Jeszcze trochę i faktycznie największym „czarnym ludem”, którym będzie można wystraszyć bez wyjątku każdego obywatela stanie się prokuratura. Wcale nie... (tu jeśli wola, można wpisywać nazwiska)
Coś jest z tym prawem serii. Jak to z nią, tą czarną serią jest wiedział dotąd najlepiej Donald Tusk, który od jakiegoś czasu ma taki niefart, że może się potknąć choćby i o powietrze. Jesteśmy (niestety) właśnie z nim w punkcie, w którym już nie widać kiedy się ta jego „czarna seria” zaczęła a jakoś nie wygląda by jej koniec był w zasięgu wzroku.
I tak jest chyba też ze stadami chłopaków od Seremeta.
Zaczęło się w Gdańsku. Tak naprawdę nie wiadomo kiedy i gdzie zatem popatrzmy na sprawę  uznając ów „nowy początek”. Zaczęło się w Gdańsku. Od jednej pani prokurator, która czy tam czasu czy chęci nie miała. I tak leci. Poprzez „informację” Szeremeta, który obsmarował dwie rodziny tylko zapomniał zdradzić szczegóły smarowania.
Dziś wyszło, że szczegółów nie poznamy bo sprawa jest zamknięta. Trudno powiedzieć jak bardzo zamknięta. To o czym wspomniałem na samym początku pokazuje, że nasza prokuratura umie sprawy zamykać tak, że za cholerę się ich nie otworzy. Choć wydaje się to absolutnie niemożliwe. I to tak wstrząsnęło TVN-em, że nie bacząc na tego Kamińskiego u boku rzucił się wołać o sprawiedliwość.
I to dopiero jest sensacja. Raz, że z Kamińskim a zaraz po tym, że TVN woła o sprawiedliwość w piątym roku panowania Donalda Franciszka Tuska.
Tak na chwilę przyszło mi do głowy, że może cała rzecz jest po to, by jakimś wysiłkiem nadludzkim przekonać obywateli, że całe zło to wcale nie ów Donald Franciszek. Tylko stado bezkarnych i na dodatek niezależnych prokuratorów, którzy robią co tam sobie zechcą. Koncept byłby genialny bo psów, klawiszy i prokuratorów po prostu się nie lubi. Dziwne to, bo prawdę mówiąc ich akurat lubić powinniśmy szczególnie, zważywszy na funkcję, jaką w społeczeństwie sprawują. No ale jest jak jest. Tym bardziej, że mocno się starają by tak właśnie było. I psy i klawisze i ci ostatni z listy.Tak więc jak się będzie miało wybór, czy nie lubić Tuska czy jakiegoś prokuratora albo nawet kilku, sprawa nie będzie prosta. Przy Amber Gold nie do końca się jeszcze udało. Choć tyle wysiłku włożono by psy wieszano na tych, co mają być ostoją praworządności. To, swoją drogą zabieg dość samobójczy. Ale "samobójczość" nie wydaje się problemem, który jakoś szczególnie nurtuje naszego Premiera.
Ale wróćmy do tego niespodziewanego sojuszu TVN-u i Kamińskiego. Jak kto poczyta o sprawie, sam zobaczy, że aż zęby od tego zgrzytają jakby się szkło gryzło przy lekturze.
I naprawdę trudno teraz powiedzieć, kto jest lepszy w sprzątaniu. Kto zasługuje na tytuł „perfekcyjnej pani domu”. Czy chłopaki od Tuska czy zgraja Seremeta.  Ale na jedno warto zwrócić uwagę. Że w najważniejszej ciągle do wyjaśnienia sprawie te dwie machiny do sprzątania działają wspólnie.
I trzeba sobie jasno powiedzieć, że ile by się TVN z Kamińskim nie zaczął prowadzać i ile Amber Goldów Tusk z Seremetem by sobie nawzajem nie próbowali podrzucić, w tej jednej sprawie będą jak jedno. Taki Gog i Mgog perfekcyjnego sprzątania.


poniedziałek, 1 października 2012

Piąta kolumna Glińskiego



Próbowałem coś napisać o pozapartyjnym kandydacie na premiera, którego zaproponował dziś Jarosław Kaczyński. Trudno było powiedzieć coś, czego już by dziś nie powiedziano. Ale w trakcie przyszła mi do głowy dość ciekawa myśl. Kiedy jakoś starałem sobie zracjonalizować reakcję na mało znanego w świecie polityki i mediów a już zupełnie nie kojarzonego z PiS-em socjologa, jak na razie całkowicie wolną od kpin i śmiechów nawet wśród tych, którzy od dawna nie mogli się doczekać tego, co dziś miało miejsce właśnie po to by urządzić sobie „polewanie” i z Kaczyńskiego, któremu „wszyscy odmówili” i z tego, który jest nikim, bo nie odmówił choć „wszyscy odmówili”.
Czemu się nie śmieją? Bo nie wiedzą kim jest Gliński. Nie wiedzą co dotąd robił, z kim siedział, stał i leżał. Z kim się lubi. O, to jest właśnie najistotniejsze. Kto za nim stoi.
Pomyślałem sobie, ze to dzisiejsze zdarzenie jest takim uzupełnieniem sobotniego marszu, w czasie którego ci, którzy potrzebowali, policzyli się i im wyszło, że starczy.
Taka analogia mi przyszła do głowy, nie, żeby nie było, nie odnosząca się do ideologii. Raczej do pewnych rozwiązań strategicznych. Wyjawił je swego czasu gen. Emilio Mola Vidal objaśniając tajniki zbliżającej się rozprawy z hiszpańskimi stronnikami Republiki Rad.
Oczywiście Mola zrobił to z jakiegoś powodu. Najpewniej po to, by ci z Madrytu bali się własnego cienia, by mieli kłopoty ze snem i jeszcze parę innych objawów, które wywołuje strach.
Trudno mi orzec czy temu samemu miała służyć ta dzisiejsza prezentacja. Raczej trudno mi uwierzyć w to, że otoczenie Kaczyńskiego i on sam wierzy w powodzenie misji Glińskiego. I wystawia go tylko po to, by zamieszać przeciwnikom w głowach.
Pierwszy raz właśnie dziś, gdy nagle okazało się, że ci, którzy w sobotę maszerowali nie kryjąc twarzy a raczej śmiało prezentując je uśmiechnięte, to jeszcze nie wszyscy. Że jest jeszcze prof.. Gliński i możliwe że jeszcze inni tacy jako on. Z którymi się zna, rozumie i lubi. I pojawiają się po tej stronie, z której przecież nic nie miało grozić. To taki wstęp do tego, by się nerwowo rozglądać i patrzeć podejrzliwie na każdego, kto nie daj Bóg ma prof. przed nazwiskiem.
Drugi raz od dziś. Bo ta arytmetyka jest niby taka bezlitosna. Ale niektóre rachunki okazują się rachunkami z niewiadomą. Nie twierdze, że tutaj tak będzie. Ale jestem w stanie się założyć, że w pewnych kręgach nagle uznano, że „strzeżonego pan Bóg strzeże” i takiego rachunku raczej nie skreślą tak z miejsca, bez zastanowienia. Raczej zaczną liczyć, bawić się przy tym rachunkiem prawdopodobieństwa… Z zewnątrz będzie to tak wyglądać, że jakoś tak będą nieufnie na siebie patrzeć, pilnować się jakoś bardziej, ściszać coraz częściej głos nawet w towarzystwie bliskich kolegów. Ziarno tak zasiane za jakiś czas przyniesie plon.
Jeśli ktoś pomyślał, ze pisząc o „piątej kolumnie” mam na myśli prof. Glińskiego i tych, z którymi się lubi, mocno się pomylił. Mam na myśli tych, którzy już szukają wśród swoich tej „piątej kolumny”, która miałaby uderzyć od środka. Nie mają pojęcia że sami nią są. Nie rozsadzą tej swej konstrukcji bo działają zupełnie inaczej. Będą raczej działać jak trucizna.
Może to fantasmagoria. Ale przyznacie, że fajnie skonstruowana :)