poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Michał Tusk- pionek i kozioł ofiarny


Trudno w to uwierzyć, ale wygląda na to, że z całej afery Amber Gold, z ujawnionych przypadków nepotyzmu czy traktowania państwa jako prywatnego folwarku ostanie się samiuśki jeden Michał Tusk ogłaszający wszem i wobec „Jestem debilem”*.
Bo naprawdę trzeba być umysłowo ociężałym by dojść do miejsca, do którego on doszedł. On, syn najpotężniejszego człowieka w tym państwie. W tym państwie, w którym jak dotąd większość występków, popełnianych przez pośledniejsze postacie z mniejszymi koligacjami, nie została ukarana a umiejętnie zamieciona ludziom sprzed oczu.
Dość dziwne to i jakoś nie najlepiej świadczy o rodzicu Michała Tuska, że bez reakcji przygląda się tej żałosnej ekspiacji swojego syna. Oczywiście można by sugerować, że nareszcie Donald Tusk jest tym oczekiwanym bez rezultatu mężem stanu, który może i gdzieś za kulisami uronił łzę nad latoroślą ale publicznie palcem nie kiwnie by świat cały zobaczył i zrozumiał, że nie ma zmiłowania dla nikogo, kto nie przestrzega reguł. Nawet gdy jest synem jego, Donalda Tuska.
Problem z tym „nawet”. Jak na razie wychodzi, że dwóch złych ludzi jest w tej naszej III RP. Pan Plichta i młody Tusk. Pierwszy wiadomo, drugi… Wychodzi to tak jakoś  nie do końca w zgodzie z rzeczywistością. I tu, tak dla zobrazowania tego wadliwego bez wątpienia punktu widzenia brakuje mi choćby tego elementu układanki, którym jest pan prezes portu lotniczego w Gdańsku Tomasz Kloskowski, który miał pośredniczyć między młodym Tuskiem a OLT Express. Jeśli nie pośredniczył to powinien to jasno powiedzieć. Nawet jeśli miałoby to przyjąć formę pozwu przeciw Tuskowi juniorowi za opowiadanie bzdur mogących prezesowi zaszkodzić. Jeśli zaś był naganiaczem pana Plichty to co do cholery robią ci „akcjonariusze”, w końcu podmioty publiczne (!), które już kilka dni temu powinny poprosić pana prezesa o wzięcie „zaległego urlopu” do czasu wiarygodnego wyjaśnienia tej kwestii.  A wygląda na to, że co tam jakieś Tuski przy takim panu Kloskowskim!  Z młodego Delfina robi się widowiskowo ostatnią szmatkę a pan prezes urzęduje dalej nie niepokojony jakby nic a nic nie miał z tym wspólnego. Na jego straży stoi Gdańsk, Gdynia, Sopot i całe Pomorskie twardo trzymane rękami różnych panów. Prawie w komplecie z…
Prawdą jest, że młody Tusk sądził najpewniej, iż jest pierwszoligowym cwaniakiem. Prawdą jest, że teraz, w swoich, mających formę płaczliwego autodafe wypowiedziach jest zdecydowanie bliższy prawidłowej oceny swoich możliwości, umiejętności i intelektualnych kompetencji. Ale nie można tracić właściwej perspektywy tylko dlatego, że ma na nazwisko Tusk i może posłużyć misternemu i być może nawet zasłużonemu kopaniu swego wielkiego taty. Tak naprawdę Michał Tusk jest tylko pionkiem. I jeśli cała para wyprodukowana w ostatnim czasie pójdzie w mechanizm uczenia go jak ciężkie i bezlitosne jest prawdziwe, dorosłe życie, będzie przy tym zasłoną dymną dla rzeczywistych postaci pierwszoplanowych tej konkretnej gry.
Wałkowanie młodego Tuska jest, owszem, ciekawe. Daje pole do fajerwerków takich jak kapitalne zestawienie dokonane przez gw1990** (Mam nadzieje, że nie odbierze tego jako złośliwości. Serio fajnie zestawił). Pozwala na wtykanie stu kolejnych szpil w różne miejsca naszego potężnego Premiera. Ale, na miły Bóg! Przecież to nie Michał Tusk wyniósł cichcem z AG w kieszeniach złoto i zdeponowaną tam kasę. Nie on odpowiada za to, że lekceważono sygnały o możliwych wałkach Plichty i spółki. Nie ma nawet na sumieniu tych, których OLT uziemiło na lotniskach albo wyczyściło z gotówki.
Pocieszyliśmy się tą opresją Donalda Tuska, który zasłużył sobie na tę zgryzotę wcześniejszym mistrzostwem w „przykrywaniu” różnych mało chwalebnych rzeczy, wskazywaniem winnych nie tam gdzie naprawdę byli. Możemy powiedzieć „Po stokroć zasłużyłeś na to, czego teraz doświadczasz tatusiu.” I dłuuugo śmiać się z wszechmocnego Premiera, którego synek jedyny właśnie „przykrywa” tak grubą aferę i stado tych co za nią stoją albo powinni jej byli zapobiec. I pytać czy i tym razem „państwo zdało egzamin”. Jest to niewątpliwie jedna z najefektowniejszych ilustracji degrengolady państwa rządzonego przez Tuska i PO.
Ale tak naprawdę nie róbmy z Michała Tuska demona zła! To żaden demon. To śmiechu wart malutki naiwniak, który myślał, że niepostrzeżenie sięga właśnie Bogu do kieszeni. Zwykły pionek, z którego ktoś a może tylko okoliczności i efektowne nazwisko robią kozła ofiarnego.

niedziela, 12 sierpnia 2012

„Tusku, nie możesz!” czyli patologiczny fundament władzy


Z walką obecnej władzy o „standardy życia politycznego” jest jak z pokazywaniem „ludzkiej twarzy” przez system komunistyczny. „Ludzka twarz” leżała gdzieś sobie latami zapomniana do kolejnego momentu gdy społeczne ciśnienie tak urosło, że aż trzeba je było leczyć upuszczaniem krwi. Po tym na chwilę odbywał się ceremoniał objawienia ludowi wspomnianej „ludzkiej twarzy”.
Obecna władza krwi na szczęście nie upuszcza. Nie wiem czy by chciała bo nie ma jak na razie takiej możliwości byśmy się o tym przekonali. Choć kto wie czy nie zasługuje na opinię podobną do tej, jaką siostra Wańkowicza otrzymała od wielkopolskiego gospodarza, u którego odbywała rolną praktykę. „Pracowała bo musiała, nie kradła bo nie mogła.”
Z racji tego co może, czego nie może i co musi, obecna władza najbardziej podbija ciśnienie wiernych i mniej wiernych różnymi grzeszkami wynikającymi z takiego majstrowania przy sprawach publicznych, które bardziej służy majstrującym niż sprawom publicznym. Trudno czy ten wzrost ciśnienia u wiernych i mniej wiernych wynika z ich idealistycznej wizji spraw publicznych czy odruchu „psa ogrodnika” ale faktem jest, że ciśnienie skacze.
Wtedy wódz zaczyna walczyć o standardy. Najczęściej ofiarą tej walki padają głowni rywale wodza, którym dał wcześniej rosnąć bujnie u swego boku aż urośli za bardzo. Tak, że swym rozmiarem mogliby przesłonić oblicze wodza. Oczywiście można założyć, że nie jest to żadna tam (w mikroskali rzecz jasna) wewnątrzpartyjna „noc długich noży” tylko faktycznie z partii czy też stanowisk lecą winni zaniedbań oraz nadużyć. Tylko wtedy należy się zastanowić nad umiejętnością dobierania współpracowników przez wodza oraz jego dziwną skłonnością do otaczania się ludźmi nieodpowiednimi.
Ironia ironią ale wygląda na to, że póki trwać będzie III RP z Tuskiem na jej czele trudno spodziewać się rzeczywistego postawienia tamy traktowaniu w tak znaczącym stopniu polityki jedynie jako punktu wyjścia do załatwiania osobistych i partykularnych interesików
„– Pies jest pogrzebany w systemie partyjnym. Ludzie zapisują się dziś do PO, by zrobić karierę, zdobyć stanowiska. Zaczyna się to już od młodzieżówek. Tusk nie może i nie chce tego systemu zmienić, bo na nim opiera się jego władza.” stwierdza prof. Antoni Kamiński w publikacji „Rzeczpospolitej”, poświęconej instrumentalnemu wykorzystywaniu przez Tuska kolejnych „tąpnieć etycznych” do rozprawy z wewnątrzpartyjnymi rywalami.
Stwierdzenie Kamińskiego jest o tyle ciekawe, że pokazuje czy też sugeruje ciekawy mechanizm oddziaływania kolejnych afer na obywateli. Im więcej obywatel sucha o tym jak to tu czy tam partyjni towarzysze wspierają nepotów czy wykorzystują pozycję tym mocniej rośnie w nim… Nie, wcale nie oburzenie tym wszystkim. Choć ono bez wątpienia też. Przede wszystkim jednak przekonanie, że zamiast się oburzać czy tam kontestować, lepiej się po prostu przyłączyć.
To smutne zjawisko jest z jednej strony kluczem do zrozumienia wielu przypadków kolaboracji z systemami totalitarnymi, w których wielu też chciało „normalnie żyć” na jakimś tam przyzwoitym poziomie. Z drugiej zaś pokazuje siłę obecnego układu, o którym, widząc jego przegniła naturę nie myśli się na zasadzie „zgiń, przepadnij”. Myśli się „skoro jest jaki jest nie warto się szarpać” i stara się zgarnąć jak najwięcej okruchów spadających ze stołu.
Tak ukształtowany (czy tam wytresowany) obywatel to dla polityka skarb albo przekleństwo. Zależy od klasy i formatu polityka. Skarbem będzie dla tych, którzy zasady, standardy, wartości i cała resztę „wzniosłego i nadętego” słownika polityki mają gdzieś. Tacy cieszyć się będą z tej oczywistej gotowości obywateli do współudziału w ich mało chwalebnych procederach. Jak wiadomo współudział najczęściej gwarantuje zmowę milczenia. Oczywiście czasem między wspólnikami idzie na noże ale to nie ten pozom, na który wpuści się tego „masowego wspólnika”. To przywilej zastrzeżony do poziomu różnych „Grzegorzów”.
Przekleństwem będzie zaś dla polityka, który miałby w sobie tyle determinacji by machnąć ręką na to, że może mu z partii nic nie zostać i postawić na „standardy”. Wywalając wszystkich tych, dla których partia to przede wszystkim kluczyk do składziku z konfiturami.
Nie wiem czy szef PO cierpi z tego powodu, że po każdym ujawnionym (i z trudem zamiecionym później) przewale w  bliskich okolicach jego władzy działa taki mechanizm, w którym najpierw na chwilę maleją słupki a za chwilę koła partyjne są nachodzone przez kolejnych, którym do głowy przyszło, że „No qrde, muszę się zapisać bo nic nie osiągnę w tym kraju i będę tyrał za bzdurno”. Może Premier widzi potrzebę przegonienia „przekupniów ze świątyni” i tylko zbiera siły na to. A może ma rację prof. Kamiński i „Tusk nie może i nie chce tego systemu zmienić, bo na nim opiera się jego władza”. Może władza jest takim tuskowym „Paryżem”, który wart jest tej „mszy” która może i zabolała pierwszy raz polityka- idealistę lubiącego mielić w ustach słowa „przyzwoitość”, „wartości” i „zasady” a może nawet boli za każdym kolejnym razem. I ten „Paryż” nie pozostawia złudzeń. Dawne „Tusku musisz!” sprowadza się teraz do „Tusku, nie możesz!”


sobota, 11 sierpnia 2012

Michalik racjonalista czyli śladami Donalda


Wolta arcybiskupa Michalika, co ja mówię, „kopernikański przewrót” wspomnianego jednych zadziwia innych zachwyca. Zadziwia tych, którzy jakoś tam pewnie wcześniej byli arcybiskupem Michalikiem zachwyceni, zachwyca tych, których dotąd on nie raz zadziwiał.
Oczywiście najmniej chodzi w tym o Michalika i jego Metody, że się odniosę do tekstu Cleofasa, który jest ciekawy, dobrze napisany acz stawiając tezy pewnych kwestii nie zauważa. Trudno mieć Cleofasowi za złe, że stawia jak stawia i że nie zauważa czego nie zauważa.*
Zacznę od tego, że wspomniane zbliżenie z „III Rzymem” (to też dzięki Cleofasowi) jest pewnie ważne i doniosłe ale… Ale dokładnie tak ważne jak uścisk Tuska z Putinem nad katyńskimi mogiłami. Ważne i doniosłe jeśli oderwać się od kontekstu. Od tego, że nic z tego nie wynika i nie wyniknie. Może i Tusk poczuł się lepiej ale z Katynia wyjechał ten sam były kagiebista i dalej robi swoje. I u siebie i wobec nas. I prawdę mówiąc trudno było oczekiwać czegoś innego. Jak się okazało nawet w sprawie tej zbrodni z czasów drugiej wielkiej wojny.
Tak najpewniej będzie i z tym. Hierarchowie uścisną się, zmówią razem niezliczoną ilość modlitw a później Cyryl sobie pojedzie i dalej będzie „najwierniejszym z wiernych” zauszników byłego kagiebisty. Nadal będzie szczerzył zęby na katolicki prozelityzm. No chyba, że Michalik (o ile ma takie upoważnienie z „góry”- nie, nie z tej. Z tej ziemskiej „góry”) zobowiąże się, że „Kościół Rzymski będzie się ostatecznie kończył na lewym brzegu Bugu. To były bez wątpienia taki kościelny „załącznik trzynasty”. Poza tym (jeśli „to” by było) będzie dalej jak dotąd. Czyli Kościół będzie do przodu o jeden event pokazany przez mniej lub bardziej światowe stacje. A jedynym, który zyska będzie Put… znaczy Cyryl. Przyda mu się parę punktów bo ostatnio (albo od zawsze) punktuje głownie ujemnie.
Prawdę mówiąc można patrzeć na cała sprawę nie widząc Cyryla, nie słysząc co dotąd on i jego najwierniejsi myśleli i mówili ani tego jak się nader przyjaźnie znosili i znoszą z obecną obsadą Kremla. Można faktycznie widzieć tylko „III Rzym”. To oczywiście jest możliwe a nawet i łatwe. Piszę „łatwe” widząc jak Michalik, dotychczasowy stronnik toruńskiej rozgłośni staje się pupilem tych, którzy go do niedawna, nazwijmy rzecz delikatnie, lubili tylko trochę. Głownie, za obecność we wspomnianym stronnictwie.
To zresztą pokazuje, że jakie by nie były intencje Michalika, mało kto się nimi przejmie. I całe przekonanie, że zacytuję wiadomego klasyka, że w tej sprawie „warto zapłacić każdą cenę” będzie interesem wartym całego złota Amber Gold.
Zysk będzie chwilowy bo ci co nie lubią Michalika, najczęściej nie lubią go nie dlatego, że jest Michalikiem tylko dlatego, że przewodzi kościołowi. A ten się nie zmieni bo nie może. Zatem uścisk z Cyrylem starczy na trochę. Ci, którzy odwracają się od arcybiskupa już pozostaną odwróceni. Nie od Kościoła ale od biskupa.
Ci zaś co szukają okazji by się do Koscioła albo Michalika przyczepiać, bez wątpienia wytkną mu tego Cyryja- kumpla kagiebistów albo zarzucą, że się z nim ściskał gdy za sprawą rzeczonego w celi gniją Nadieżda Tołokonnikowa, Marja Aliochina i Jekaterina Samucewicz. Oczywiście na wiernych Kościołowi Polakach losy Pussy Riot i „cerkiewny ślad” w tej sądowej farsie pewnie wrażenia nie zrobią. Bo z miłością bliźniego, szczególnie tego co jest jak ta „zagubiona owieczka” mamy spore problemy. Ja sam mam z nimi problem choć nie aż taki  by mi Cyryl na jakiegoś „apostoła chrześcijaństwa” nagle wyrastał. Zrobią za wrażenie to na wiernych innym bogom. A ci są głośni…
Na koniec rzecz całkiem poboczna choć to jej zawdzięczam, że w ogóle piszę o Michaliku, o uścisku z Cyrylem i wreszcie o salcie, które ( jako to „wszystko” co warto było zrobić) dla tego uścisku Michalik wykonał. Kiedy czytałem słowa arcybiskupa Michalika, w szczególności „człowiek mądry w takiej sytuacji opiera się na faktach, a nie na …” i jeszcze to coś o „interesie”, myśl mi taka przyszła do głowy. Pomyślałem „Michaliku, arcybiskupie drogi. Ty nie przeginaj i pomyśl zanim co chlapniesz. Bo jak nas zaczniesz do racjonalizmu namawiać i do opierania się na faktach zachęcać to nie wiem jak na tym wyjdziesz. Ty i Kościół, którego częścią zawiadujesz. Wy, których interes jakoś się kręci dlatego, że tacy jak ja nie domagają się faktów tylko poprzestają na wierze i przekonaniu. I to w sprawie, która jest o niebo donioślejsza niż Smoleńsk i cokolwiek innego. Nie psuj tego.”



piątek, 10 sierpnia 2012

Komitet Nominacyjny – efektowny skok na kasę


W minionej epoce, w ramach żartobliwego obchodzenia się z poprzednim ustrojem, ukuto taką definicję socjalizmu. Wedle niej socjalizm to taki ustrój, który bohatersko rozwiązuje problemy absolutnie nieznane innym politycznym systemom.
Jeśli by brać ów żart poważnie, trzeba by stwierdzić, że żyjąc (jeśli wierzyć mediom i koledze bufonowi) w samym rozkwicie III RP doświadczamy właśnie przedziwnej recydywy minionych czasów.
Jest tak, że gdyby móc wskazać 1999 łatwych sposobów rozwiązania problemu obsadzania stanowisk w spółkach Skarbu Państwa możemy mieć pewność, że nasi włodarze wybiorą sposób numer 2000, który akurat łatwy nie będzie. Będzie możliwie najbardziej absurdalny.
Pokłosiem ostatnich „zadym” związanych ze spółkami Skarbu Państwa jest odgrzanie pomysłu pana Boniego na utworzenie „niezależnego ciała”, złożonego ze „sprawdzonych autorytetów”, którego zadaniem będzie nominowanie do zarządów i rad nadzorczych wspomnianych spółek. Pomysł z pozoru tak durny, że aż się nawet śmiać z niego nie chce. Przyznam, że może 1999 lepszych sposobów nie potrafię wymyślić ale jeden, oczywisty jak to, ze słońce wschodzi raz na dzień bez problemu. Chodzi mi o prowadzenie naborów za pośrednictwem wyłonionej w publicznym przetargu komercyjnej firmy HR po uprzednim, publicznym (z czytelnym podpisem osoby odpowiedzialnej) ogłoszeniu kryteriów naboru. By nie było, że w „Nafcie Polskiej” prezes musi znać języki retoromańskie i grać w pong-ponga lewą ręką.
Oczywiście pomysł Boniego tylko z pozoru jest durny. A jego reaktywacja doskonale pokazuje, że niedawne „taśmy Serafina” mogą okazać się nie przekleństwem ale wręcz błogosławieństwem obecnego kolesiostwa z PO-PSL. Zachwiane słupki, da Bóg, jeszcze wrócą do równowagi jak i wcześniej wracały a to, co teraz będzie można zrobić w majestacie prawa to istna Melba- Ciapiega
Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach. I wcale nie chodzi mi o te „sprawdzone autorytety”. Tu nawet szkoda strzępić jęzora czy zgadywać. Wiadomo jak to z „autorytetami” w III RP jest.
Myślę, że przywołany wyżej diabeł majstrował będzie przy czym innym niż lista „autorytetów”. To można byle komu zostawić. Choćby i Premierowi.
Diabeł musi wpaść (bo jak nie wpadnie, znaczy że jest durny jak ogólna koncepcja przy której miesza), że najbardziej opłaca się pogrzebać przy sposobie powoływania „komitetu”, przy długości kadencji i możliwościach odwołania.
Wyobraźmy sobie, że 3 przedstawicieli wskazuje Prezes Rady Ministrów, 2 Prezydent, po jednym Sejm i Senat. I mamy taki „komitet”, że mucha nie siada. Do tego określmy kadencję na 7 lat i nawet jak wahadło odbije, będzie mogło „komitetowi” naskoczyć tam, gdzie go może w d*** pocałować (za znanym skeczem „Dudka”). A odwołanie przed upływem kadencji? A owszem, jak ku ziemi będzie pędzić asteroida nie mniejsza niż fi circa 1800 m.
Może jeszcze być tak, że Stefaniuk z Serafinem będą w PSL-u w stopy całowani. W każdym razie przez tych, co ich „Komitet Nominacyjny” uzna za najodpowiedniejszych i najgodniejszych. W PO zresztą też powinni ale tam przecież mają „nieco inne standardy” (jak wyraził się Premier).
By zakończyć jakoś konstruktywnie zachęcam szanownych czytelników do wskazywania „autorytetów III RP”, które najbardziej nadają się do tego, by nam „robić dobrze” w zakresie spółek i Skarbu Państwa. Od siebie rzucę panem Kuczyńskim.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Amber, Delfin i idioci


Jak kto się uprze skoczyć z dachu, powstrzymywanie go najczęściej jest bez sensu. Zastawisz mu schody, znajdzie inne. Zablokujesz tamte, wlezie po piorunochronie.
Jak kto uprze się zrobić z siebie idiotę, będzie idiotą. Choćby nie wiem co. Tak, jak na przykład klienci sławetnego Amber Gold, wierzący, że mogą dostać zwrot w wysokości, do jakiej żaden ale to żaden bank się nie zbliży choćby na odległość kontaktu wzrokowego. No i zrobili. I rząd nie ma tu nic do rzeczy. A nawet bardziej. Rządu, poza wyjątkową sytuacją, o której dalej, w tym w ogóle nie powinno być. Bo z rządem i idiotami jest tak, że ich populacja jest wprost proporcjonalna do wszelkich „zabezpieczeń”, którymi Państwo (czyli rząd właśnie) urozmaica życie obywatela. Zawsze wtedy pojawia się jakiś cwaniak (jak ci od Ambera), który znajduje rzeczywistą lub iluzoryczną lukę w systemie i zawsze też znajdzie się stado durniów (jak ci od Ambera), którzy miast myśleć, liczyć, kombinować, dają się omamić perspektywie przyszłych kokosów a nadto (tak!) czują się zwolnieni z rozsądku bo… Bo przecież Państwo i takie tam. Zatem do rządu można w tym przypadku mieć tylko wówczas pretensje jeśli ów Amber działał nie w jakiejś tam luce tylko poza prawem. Inaczej całe te jazdy są zwykłym przyp******aniem się żeby tylko czepić się. Rząd ani Państwo nie jest po to, by wymóżdżać obywateli. Ci, w każdym razie ta garstka czy tam garść już się czegoś nauczyła na przypadku zwanym Amber Gold. Droga była to lekcja ale to i tak lepsze niż nic.
Z Delfinem i „delfinim śladem” w sprawie Ambera jest nieco inaczej. Oczywiście gdyby tak jak reszta obywateli, których drogi przecięły się ze szlakiem krótkiego lotu  tej firmy, postanowił rozbić bank i skończyłoby się na rozbiciu własnego, można by uznać, że Premierowi pociechą nie obrodziło zbytnio i rzecz uznać za zamkniętą. Tyle, że młody Tusk idiotę zrobił z siebie nieco inaczej. Nikt na to jak dotąd nie zwrócił uwagi a warto.
Zacznę od kwestii, którą tak uroczo podniosła u siebie Maja dowodząc, że z zatrudnieniem Tuska juniora wszystko było w jak najlepszym porządelu*. Otóż nie było, Maju szanowna. Przez półtora roku to może taka Barcelona „chodziła” wokół Chrystiano Ronaldo albo Real wokół Beckchama. Wokół amatora, choćby i największego na świecie entuzjasty czegokolwiek nikt z branży tyle chodził nie będzie. Po pierwszej odmowie zaprosi na rozmowę tuzin rzeczywistych zawodowców. Chyba, że ów amator Tusk się nazywa i ma tatę Prezesa Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej. I trzeba być ślepym by tego nie widzieć albo nie pojąć.
A teraz o fachowości. Nie wiem jakim fachowcem jest teraz pan młody Tusk. Może w tym Excelu faktycznie śmiga nadzwyczajnie**. Ale mocno kazał mi zwątpić w swą wiedze o komunikacji lotniczej wchodząc w kontakty „biznesowe” z powiązaną z Amber Gold linią OLT Express. Krótki lot tej efemerydy pokazał, że było to „przedsięwzięcie biznesowe”, które pozbawione chyba było jakichkolwiek kalkulacji biznesowych. Taka modelowa „wydmuszka” bez ładu i sensu. Gdyby opierało się na wspomnianych kalkulacjach, nie zdechłoby tak szybko tylko jeszcze podgenerowało straty jak Bóg przykazał każdemu, także i chybionemu przedsięwzięciu biznesowemu. Takiemu bez cudzysłowu. Zatem skoro Tusk junior się nie spostrzegł, marny z niego „fachowiec”. No chyba, że się spostrzegł ale pomyślał sobie „Co tam. Pięć koła piechotą nie chodzi” i to było dla niego najważniejsze. A jeśli tak, w pełni zasłużył na szum, jaki wobec niego wybuchł.
Inna kwestia to ta, którą tak celnie w dyskusji pod tekstem Mai wskazał Jarecki. Kwestia tego, że nikt nie pilnował tego co syn Premiera porabia. I mam tu na myśli samego Tuska seniora, który ponoć wiedział czym jest Amber i jak się to może skończyć. Nie wiem czy Premier miał jakiś napad otępienia umysłowego czy też pomyślał „Co tam. Pięć koła piechotą nie chodzi”. Też więc zasłużył na to, co Maja tak uroczo nazwała „dorwaniem młodego”. Wychodzi, że „młodego” tym, co go chcą ponoć „dorwać” (ponoć najbardziej „Wyborcza” i TVN :) w jakiś sposób wystawił „stary”. Inna sprawa to sprawa służb, którą podniósł Jarecki. W głowie się nie mieści, że mogły nie ochronić „pierwszego syna Rzeczpospolitej” przed ostentacyjnym i zamaszystym wdepnięciem w taaakie gó**o. Świadczy to, że nasze służby albo zatrudniają debili albo też sabotażystów, którzy właśnie zrobili efektowny podkop pod pierwszą (faktycznie a nie tytularnie) osobę w Państwie. Czy tak czy tak, służby w tym kształcie raczej do niczego nie są nam potrzebne. I jeśli Tusk nie zrobi coś z tą konkretną sprawą… Pisząc „coś” mam na myśli spektakularne ożenienie pyska Bondaryka z brukiem, znaczyć będzie, że mentalnie jest na poziomie tych idiotów, których bańka zwana Amber Gold zabrała na krótką przejażdżkę do raju bez opcji łagodnego lądowania po wyprawie. To oczywiście nie jest zabronione ale jednak przykre i dość niebezpieczne. Dla niego ale i dla mnie.


środa, 8 sierpnia 2012

Ostatni Prezydent RP

Swego czasu któreś dowództwo amerykańskich sił zbrojnych zainteresowało się problemem sześcioosobowej obsady dział w amerykańskiej artylerii. Z instrukcji wynikało, że ma być sześciu a zadań starczało dla pięciu. Nikt nie był w stanie wyjaśnić roli nadprogramowego działonowego. Ktoś tam przypomniał sobie jednak, że żyje jeszcze staruszek, który jako porucznik amerykańskich sił zbrojnych, jeszcze przed I wielką wojną pisał ową instrukcję dla artylerii. Udano się do niego z zapytaniem.
- Po co jest ten szósty?
Staruszek popatrzył na przybyłych jakby byli niespełna rozumu.
- Jak to po co? Do pilnowania koni.
Problem „szóstego” przypomniał mi się w związku z półmetkiem prezydentury oraz z peanem, jaki temu wydarzeniu opublikował wiceszef „Wyborczej”, bardziej cywilizowany Kurski*.
Jeśli prześledzić tekst wiceszefa, można wyciągnąć wniosek, że największą zasługą „gajowego” (tak pieszczotliwie w tytule nazwał prezydenta Komorowskiego) jest to, że jest a jakby nie był. Lista zasług składa się głownie z wyliczania tego, czego nie robi. Z tych, które robi, poza enigmatycznym „kontynuowaniem polityki wschodniej” wybija się „inicjatywa ustawodawcza o prawie do zgromadzeń”. Jako ilustracja, że prezydent „niekiedy się myli”.
Warto tu jeszcze zwrócić uwagę na fragment, w którym pan Kurski dowodzi siły charakteru swego „gajowego”. „Początek jego urzędowania zbiegł się z wojną o krzyż na Krakowskim Przedmieściu, która toczyła się przy wymownym, niestety, milczeniu Kościoła. I z podziwu godną odpornością przeciwstawia się tej nienawistnej presji.” Można sadzić, że pan prezydent „zbiegł się” jedynie z tymi zdarzeniami. I z tą „nienawistną presją”. Umknęło redaktorowi od czego „wojna o krzyż” się zaczęła. „Podziwu godna odporność” najpewniej przejawiała się choćby w tej cichcem przyklejonej do ściany tabliczce.
Ale ja nie o tym. Tekst Kurskiego, mający być najpewniej apologią tego rodzaju prezydentury tak naprawdę dowodzi, że dziś „gajówka” i jej lokatorzy są Polsce potrzebni tylko po to, żeby emeryci z Unii Wolności mieli od kogo brać pensję i nie zatarli się w pamięci Polaków. Jeśli by ich zabrakło, a to leciwe dość towarzystwo, uzasadnienie utrzymywania bezsensownego i martwego urzędu będzie żadne.
Ile warta jest prezydentura Bronisława Komorowskiego świadczy to, że w publicznym przekazie funkcjonuje on jako kolekcjoner gaf i nietaktów. Właściwie jest nam potrzebny po to tylko byśmy czekali w napięciu czy siądzie przed Merkel, czy buchnie sąsiadowi widelec albo kieliszek…
W sensie politycznym nie istnieje. Kurski pisze o niezależności prezydenta. Oczywiście jest niezależny. Brak aktywności można tak opisać. Gdy już coś robi, jest dodatkowym ministrem rządzącej koalicji.
Konstytucyjna konstrukcja pierwszego urzędu w Rzeczpospolitej budzi fundamentalną wątpliwość co do celowości takiego rozwiązania. O ile w przypadku Prezydenta Kaczyńskiego trudno było twierdzić, że urząd jest fikcją, o tyle właśnie do fikcji sprowadził go spolegliwy Komorowski. Jeśli to się nam bardziej podoba…
Wniosek z tego taki, że albo zaakceptujemy fakt ścierania się dwóch ośrodków władzy albo jednemu podziękujemy w ogóle.
Oczywiście pozostaje jeszcze wysokie „zaufanie społeczne”, jakim obdarzają prezydenta obywatele (w tym 40% wyborców PiS jakoby). Trudno nie pokładać zaufania w kimś, kto jest wspomnianym „szóstym” w obsłudze działa. Pilnować koni, których od dawna nie ma potrafi każdy. Zatem trudno oczekiwać, że pan Komorowski podejmie jakąkolwiek kontrowersyjną decyzję. Że podejmie jakąkolwiek decyzję. Zatem czemu miałby komukolwiek wadzić? A tak przy okazji… Swego czasu zapytano obywateli jaka jest najbardziej przez nich lubiana woda mineralna, obecna na rynku. Najwięcej pozytywnych wskazań uzyskał produkt o nazwie „Dar Grabiny”. Było to o tyle dziwne, ze nikt, ale to nikt nie miał szans spróbować tej wody. Był to produkt istniejący wirtualnie, pojawiający się w serialu „M jak miłość” czy jakimś tam.
Daje wreszcie pan Komorowski nadzieję na wielkie oszczędności dla państwa i obywateli. Choć sam nas kosztuje niemało, pokazuje dobitnie że te miliony można by wydać racjonalniej. I gdyby był ostatnim Prezydentem RP (w każdym razie jeśli tak widzimy ten urząd jak on go sprawuje) to byłaby to jego największa zasługa i oczywisty wkład w rozwój ustroju RP.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Być OFF jest fajnie

Być OFF jest fajnie


Czasem kapitalnie wychodzi jak się udaje w politycznej publicystyce przemycić jakiś daleki od polityki temat. Tym fajniej że politykę mamy taką, że powiązać z nią cokolwiek wcale nie jest trudno. Starczy niekiedy odrobinka wysiłku intelektualnego. Ot choćby tak:
Pojechałem z Kobietą Moją Kochaną na OFF Festiwal do Katowic. Pominę tu „Polskę w budowie”, która dość mocno skomplikowała dotarcie na miejsce rozrywki i później powrót do miejsca zakwaterowania choć to jest polityczne jak najbardziej. I jakby się narzuca…
OFF to miejsce ciekawe. Kapitalnie wpisujące się we wszystkie dyskusje o kondycji tego czy innego pokolenia, o „lemingach” i takie tam. Taka scena główna OFF-u na przykład... Nazywała się Scena MBanku. Następna pod względem znaczenia – Scena T-Mobile. Ja wiem, iż oczekiwać, że będzie zbita z pozyskanych ekologicznie (ogryzionych najchętniej przez bobry) desek byłoby naiwnością. Tym większą, że Iggy Pop, na którego przede wszystkim z KMK pojechaliśmy, za taki koncert, jaki dał (a dał!!!!!!) bierze ćwierć miliona. I nie w organicznym żarciu tylko w najprawdziwszych dolarach. A gdzie dolary? W takim MBanku choćby! A jeszcze był Thurston Moore i inne atrakcje. Pewnie też nie za czapkę gruszek.
Najbardziej OFF-owy tam, w Katowicach był Futrzak, z którym umówiłem się jeszcze w Gdyni, na Openerze. Psuł nieco tę „offowość” spod znaku MBanku swoją offowością rasową. Tak rasową że kiedy my oglądaliśmy uroczo depresyjne  Other Lives on wolał Pissed Jeans na których wytrzymałem siedem sekund.
Nieco mniej „offowa” (ale jednak!) była Fritz-Cola, która dzielnie zastępowała wszelkie coca i pepsi których nie tylko się nie uświadczyło ale nawet wnieść nie wolno było. Prawdę mówiąc nie miałem pojęcia, że w ogóle na świecie produkuje się tyle tego offowego napitku, tak lubianego przez hipsterkę. I przeze mnie. Płacić mogłem „zbliżeniowo”. Pewnie też dzięki MBankowi.
Fajnie… Tylko co to ma wspólnego z polityką?
OFF-owość? A ma! Właśnie przeczytałem świeżo opinię pana prezydenta na temat zapowiedzi pana Premiera. Zapowiedzi jesiennego expose. Zacznę od tego, że się zdziwiłem tym expose i pytałem sam siebie (no bo kogo? Premiera?) czemu, z jakiego powodu, po co… Okazuje się, że to dlatego, że „Tusk zapowiedział, że w październiku - kiedy zrealizowane zostaną główne cele jego expose z ubiegłego roku - przedstawi plan zadań na dalszą część kadencji.”
Kiedy zrealizowane zostaną… Kurna Olek, już? Mam nadzieję, że „zostaną zrealizowane” w pełnym wariancie a nie w jakiejś opcji „przejezdnej”.
Ale co tam. Może faktycznie to ja ślepy jestem a one istotnie są zrealizowane. W każdym razie prezydent, odnosząc się do przyszłego expose wyraził był nadzieję, że „będzie przedstawiona twarda ocena sytuacji, w której skutki niezawinionego przez Polskę kryzysu (...) będą nas dotykały i dotyczyły w coraz większym stopniu.”
Pierwsze, co mi przyszło do głowy po przeczytaniu oczekiwań pana prezydenta to taka wizja owej oceny sytuacji, w której „skutki niezawinionego (…) kryzysu (...) będą nas dotykały” w wykonaniu pana Premiera składać się będzie z pełnego lęku zawołania „O ja pi***lę!!!!!!”
Ale to takie mało poważne i niegodne poważnego (lub uchodzącego za takowego we własnym mniemaniu) sieciowego publicysty. Poważny (we własnym mniemaniu) publicysta zauważył co innego. Prawdę mówiąc trudno tego nie zauważyć gdy się czyta o rosnącej skali bankructw czy choćby ogląda się „paragon fiskalny” po codziennych zakupach.
Poważny (we własnym mniemaniu) publicysta zauważy, że w piątym roku rządów od Premiera oczekiwać należy czegoś innego niż „twardej oceny sytuacji”. Od czegoś takiego to jest raczej szef opozycji. Premier, jeśli już coś ma oceniać to nie sytuację ale własne dokonania. Tym bardziej jeśli uznał, że „zrealizowane zostaną główne cele jego expose z ubiegłego roku”. Zatem byłoby o czym. Długo, jak tylko On umie…
Jednak pan Premier postanowił iść pod prąd. Słowem być OFF-owy. I w jednej osobie „przedstawi twardą ocenę sytuacji” oraz najpewniej będzie ze sobą polemizował. Nie zgodzi się z tym czy tamtym punktem „twardej oceny”, zwróci uwagę na to czy tamto osiągnięcie…
I tak sobie myślę, że dużo właściwszym miejscem tego zapowiadanego eventu byłaby chyba scena MBanku na OFF-ie. Bo trzeba przyznać, że tak off- owego Premiera trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.
Mógłby w przerwach zapiać Fritz-Colą…