sobota, 7 lipca 2012

J. Kaczyński na Openerze (tekst programowy)


Oczywiście na Openerze  z całej znanej mi prawicy spotkałem tylko Futrzaka, który jest prawicą zdecydowanie umiarkowaną w najbardziej chwalebnym znaczeniu określenia „umiarkowany”.
Oczywiście do Babich Dołów (nazywanych przez jakichś urzędowych purytanów od jakiegoś czasu bezpłciowo Gdynią-Kosakowem) nie udałem się, Boże uchowaj, w celach ewangelizacyjnych ani agitacyjnych. Po prostu lubię. A jak mi ktoś powie, że bywanie w takich miejscach chwały nie przynosi to mu odpowiem, że diabła dużo łatwiej spotkać tam, gdzie się go w żadnym razie nie spodziewamy. Choćby i przy goleniu. A Opener jest miejscem równie piekielnym jak małżeńskie łoża większości z nas gdy nam przychodzi ochota pomiętosić w nich nasze baby/facetów w celach nie prokreacyjnych lecz rekreacyjnych.
Oczywiście nie spodziewałem się spotkać tam, w tych Babich Dołach zwanych dziś Gdynią-Kosakowem, Jarosława Kaczyńskiego. Nawet gdybym go tam zobaczył to nadal bardziej bym się spodziewał zobaczyć tam samego diabła niż jego. Bo byłoby to zbyt naciągane i zupełnie bez sensu.
Ten wstęp to mniej lub bardziej udana próba atrakcyjnego nawiązania do tematu, który pojawił się dzisiaj w dwóch ciekawych tekstach. Pierwszy z nich to tekst Coryllusa „Winnetou kopie czajnik”*. To kawałek znakomitej publicystyki (oczywiście do momentu, póki nie postanawia i w nim wrócić w koleiny, w których od jakiegoś czasu pasjami lubi śmigać), którą ja chętnie bym tak samo napisał gdybym miał choćby namiastkę jego talentu i umiejętności. Drugi tekst, autorstwa W. Wybranowskiego, zatytułowany „Wyobraźnia po prawej stronie”** opublikowała dzisiejsza „Rzeczpospolita”.
Coryllus (nie koniecznie grzecznie choć trudno go momentami nie rozumieć) rozprawia się tym, jak „mały Jasio” czyli nasza mniej lub bardziej mainstreamowa prawica wyobraża sobie archetyp konserwatysty, jak próbuje nim, wcielonym czy to w Terlikowskiego czy też w  Hofmana, uwodzić potencjalnych zwolenników i co może dzięki temu osiągnąć. I po przeczytaniu Coryllusa trudno nie mieć ponurych myśli.
Tekst Wybranowskiego ma wymowę z pozoru optymistyczną i opisuje skuteczną inwazję pisarzy o prawicowych poglądach w tak zwanym „obszarze fantastyki naukowej”. Zakończonej objęciem tam absolutnego „rządu dusz” Nie dziwię się pozytywnym emocjom Wybranowskiego bo faktycznie ta część naszej współczesnej literatury wyrodziła z siebie (to taki ukłon w stronę Największego moim zdaniem wśród nich- Dukaja, nawiązujący oczywiście do wyradzania się Lutych w jego znakomitym „Lodzie”) najmniej wątpliwe talenty i najbardziej przekonujące dzieła. Nie dziwię się Wybranowskiemu również dlatego, że prawicowa dominacja w obszarze mniej lub bardzie naukowego „bujania w obłokach” jest przytłaczająca a ideowo obca konkurencja po prostu nie istnieje.
Tyle, że to pozory. A optymizm Wybranowskiego jest zdecydowanie na wyrost. Myślę, że lewica po prostu ma gdzieś „bujanie w obłokach”. Znacznie bardziej woli bujać się na siedzeniach swych drogich aut albo w skórzanych fotelach prezesów wielkich i bogatych firm. Od zdobywania „rządu dusz” woli zwyczajnie rządzić. A jeśli już bierze się za pisanie to raczej wybiera tematy bardziej „aktualne” i formy mniej klasyczne a więc i mniej podatne na oskarżenia o pusty bełkot i grafomanię. I w dodatku mogące liczyć na jakąś tam „Nike” i stosowne dofinansowanie, z tak zwaną „górką” rekompensujące brak większego (czy jakiegokolwiek) zainteresowania czytelników.
To, na co wskazuje Coryllus a czego nie zauważa Wybranowski, i co jest największą słabością prawicy starającej się zdobyć skutkujące zdobyciem władzy poparcie, to niewłaściwy wybór pola walki. Polega to na tym, że prawica ma w zwyczaju wikłać się w kampanie, które ich politycznych rywali nie interesują i za nic nie są w stanie absorbować. To jeszcze nie byłoby takie złe. Jednak ów brak zainteresowania rywali nie jest skutkiem ich widzimisię lecz tego, iż dokładnie tak samo czyli wcale nie interesują one tych, do których w konkury uderza prawica. Opisałem to najdelikatniej jak się dało.
I tu jedyną cechą godną podziwu gdy patrzy się na te chybione konkury jest upór i konsekwencja. Przypominająca takiego pryszczatego kujona, który podejmuje 134 próbę pierwszego skutecznego poderwania dziewczyny, starając się jej zaimponować znajomością całek. Tak samo jak 133 poprzednim.
Wiara w to, że będzie się toczyć walkę na własnym terenie i w dodatku na własnych zasadach irytuje i skalą naiwności i jej konsekwencją. Ta walka siłą rzeczy, co zresztą ostatnio mogliśmy znów oglądać w dwóch spektakularnych wydaniach, musi być walka bratobójcza.
I choćbym mógł jeszcze długo na ten temat. Zamiast tego wracam do Babich Dołów. I wbrew pozorom robię to ciągle pozostając w poruszanym temacie. Wśród tych (jak szacowano) 50 tysięcy, co się tam zjechało, była pewnie spora grupa takich, którzy nie tak dawno zadziwili „całą Polskę” w osobach kilku Stasińskich i im podobnych, dając „obciachowemu” PiS-owi największe poparcie wśród najmłodszych, często dopiero przyszłych wyborców. Przed tak „czającymi bazę” formacjami jak Ruch Parcia Pajacyka czy partia przewodnia. I to właśnie, jak sugeruje Coryllus (tak mi wychodzi) sprawia, że ten mój tytuł przestaje mieć żartobliwą wymowę. Takie babie Doły powinny stać się naturalnym miejscem, w którym czy to Jarosław Kaczyński czy to następni po nim „Kaczyńscy” powinni planować wygrane bitwy i szukać rekruta.
Powinni zacząć na przykład od przeczytania Pilipiuka by zobaczyć, że wstecznik i antykomunista, który uwiódł niemałą część tych, którzy na wszystko, co po prawej plwają głośno i zamaszyście nie nosi jedwabnej krawatki i nie ma dupki opiętej portkami w kancik tylko „kufajkę” i „filcaki”. A z obcych języków zna chyba tylko łacińskie słowo na q i coś tam po rusku. Pewnie będzie im trudno uwierzyć, że Jakuba Wędrowcza w ogóle można lubić. Ale niech zaczną. Świat nie zawsze jest taki, jak im się wydaje.
Na koniec, coś z Babich Dołów. Futrzak pewnie się uśmieje jak zobaczy, że ze mnie taka konserwa ale tej pani (wielkie dzięki Nina!) głownie tam pojechałem :)



Mówcie mi Donald…


Nie wątpię że nie mam mądrości pana Premiera, Donalda Franciszka Tuska. Może nawet daję radę intelektualnie, niektórzy (szczególnie zaś niektóre…) zapewniają, że daję spokojnie. Nie mam bez wątpienia jego życiowej mądrości. Dlatego to on nie ja jest „Premierem tysiąclecia”.
Jednak, jak się okazuje, jest jedna rzecz, którą mamy wspólną. Do bólu wręcz…
Często blogerom takim jak ja zarzuca się irytującą odtwórczość ich publicystyki. I leżące u jej źródła uzależnienie od serwisów bardziej tradycyjnych mediów.
Przyznaję, boli mnie i taka ocena i to, że w znacznej mierze jest ona jak najbardziej zasłużona. Przyznaję też, że marzy mi się jakaś gruba sprawa, którą odkryję, sprawdzę wnikliwie i na końcu ujawnię bez udziału czy to gazet czy mediów elektronicznych.
Jednak dzisiaj, nie wiem czy na zawsze czy tylko na chwilę, jakoś mniej się przejmuję tym, że jak o czymś nie napisano czy nie powiedziano w mediach to ja nic o nie wiem, nie jestem świadom, nie jestem w temacie. Okazuje się, że to jest właśnie rzecz, którą najpewniej dzielę z panem Premierem Donaldem Franciszkiem Tuskiem. Przyznał on jak donoszą, że o zamiarze wizyty Lecha Kaczyńskiego. „To tak jak ja” zawołałem w duchu radośnie i przez ułamek momentu pan Tusk jakiś taki nadzwyczaj bliski mi się wydał. Dopiero po chwili pomyślałem, że ma nawet gorzej. Bo jak ja nie przeczytam co tam Stachowicz z Arabskim za ścianą Premiera porabiają to tak, jakby nic nie porabiali. Ona, jak widać z jego wersji, też nie wie ale, niestety, wie, ze jednak coś tam porabiają. I pewnie gryzie się tym i doczekać się porannej prasówki nie może.
Tu trzeba też, choć to tylko obok tematu, oddać kolejny hołd gościom od wizerunku pana Donalda Franciszka. Potrafili bez większego trudu przekonać nas, ze zna się na wszystkim i wie o wszystkim. Jakby był owocem związku Wielkiego Zderzacza Hadronów ze Stephenem Hawkingiem.
A tu okazuje się, że jak pan Tusk w gazecie nie przeczyta, nie wie nawet co jego chłopaki za ścianą robią i ciemny jest w tej materii niczym tabaka w rogu. Że nawiążę tak zgrabnie do kaszubskich klimatów. A w świetle tego całkiem innego wymiaru nabiera określenie mediów mianem „czwartej władzy”. Określenie błędne bo zawierające pomyłkę co najmniej o dwie pozycje na niekorzyść. Przy okazji przyznam, że aż strach pomyśleć jak to wyznanie może wykorzystać jakiś hipotetyczny „redaktor naczelny”. Nie chodzi mi o sytuacje gdy jakiś tabloid napisałby na przykład na pierwszej stronie „Arabski jest kobietą!”. Pewnie ciężko zniósłby Tusk a pewnie i Arabski coś takiego ale by znieśli. Ale gdyby, wracając do hipotetycznego „redaktora naczelnego”, zamieścił on tekst, w którym by twierdził, że :”Arabski w Sandomierzu rozjechał Tuska walcem”? Tego Tusk by nie zniósł a Arabski… Arabski by pewnie nie przetrwał. A wszystko przez jakąś tam poranną prasówkę Premiera z której by się tego i owego dowiedział.
Wracając zaś do mnie, skromnego, odtwórczego blogera, czuję się na jakiś, pewnie dość krótki czas jakoś tam dowartościowany. Bo jakżeby mogło być inaczej skoro wiem, że wiem tyle co Donald Franciszek Tusk. Pewnie nawet czytamy te same gazety.
Dlatego szanowni czytelnicy, mówcie mi dziś „Donaldzie”. Lecz ani chwili dłużej!

piątek, 6 lipca 2012

Krajowa Szatnia Radiofonii i Telewizji czyli gdzie my żyjemy?


Nie będę nic dodawał w kwestiach merytorycznych sporu o wstęp TV Trwam na cyfrowy multipleks i profesjonalizmu KRRT. Tu już tyle powiedziano…
I właśnie o tym „tyle” chciałbym napisać.
Kiedy czyta się o mnożących się w całej sprawie wątpliwościach a równocześnie opinię w rodzaju „Po publikacji „Rz" rozległy się głosy polityków, którzy uważają, że NIK powinna skontrolować cały proces koncesyjny w KRRiT. Izba może to zrobić wyłącznie na wniosek Sejmu. Na to raczej szans nie ma.”* człowiek może mieć nagle ochotę na dokonanie dość dziwnych procedur. Na wyjście na ulicę i zapytanie pierwszego przechodzącego o pogodę lub godzinę. Na machnięcie się nagle na rogatki miasta by popatrzeć na tablicę z nazwą. I takie tam podobne.
O co miałoby w tym chodzić? O rzecz bardzo prostą a w tej sprawie oczywistą. O upewnienie się gdzie się żyje. O prostą odpowiedź na pytanie, które po lekturze takich tekstów jak ten cytowany wręcz się narzucają. Gdzie my do jasnej cholery żyjemy?
Sprawa wałkowana jest tak bardzo, że tyka się już nawet nie tego co jest na drugim jej planie ale na głębokim zapleczu. I zawsze okazuje się, że jest coś nieciekawego. A mimo to, by nie powiedzieć „mimo wszystko” co dnia można jak mantrę powtarzać podsumowanie wszelkich rozważań na temat tego, co powinno być robione. „Na to raczej szans nie ma”.
Jeśli wyjdzie więc taki skołowany obywatel na ulicę, popyta i podsłucha polskiej mowy, jeśli nadto wczyta się w tę tablicę na rogatka, wcale nie może być pewien, że jest w Polsce. W każdym razie w tej Polsce, która zachwyca cały świat swą bezprzykładną dynamiką w pierwszej połowie XXI wieku.
Bo cała ta sytuacja, w której okazuje się jak elastyczny pogląd na znaczenie pojęcia „stabilność finansowa” mają goście, którzy właśnie za ten i inne swoje poglądy zainkasowali grube tysiące w postaci nagród, przypomina mi a pewnie nie tylko mi, zupełnie inne miejsce. Nie żeby zaraz Białoruś czy tam legendarny Teferbrergrstan (gdzie to jest?). Przypomina scenkę z szatni, w której goście informują klienta „Nie mamy Pana płaszcza. I co Pan nam zrobi?”
Nic nie zrobi. Bo jak mu nawet co do głowy przyjdzie, od razu mu w głowie się włączy ta fraza z „Rzepy”- „Na to raczej szans nie ma”.
I pozostaje powiedzieć tylko to, co w podobnej sytuacji jeden mój znajomy. „No im tak mnie załatwili do c****. Przepięknie jak Leonardo da Vinci!”
W całej tej historii zabawne są dwie sprawy bardzo peryferyjne. Pierwsza, że PO już nie wystarcza załatwianie co rusz obywatelom klimatów z „Misia” i sobie prawdziwego „Misia” właśnie sprezentowała.
Druga zaś taka, że ten, kto kandydaturę obecnego szatnia… znaczy szefa KRRiT zaproponował ma budzące podziw poczucie humoru. Bo że „na odcinku” mediów potrzebny był obecnym „kierownikom Polski” wierny i posłuszny dworak to oczywiste. Ale z tą dosłownością to ciut przesadzili żartownisie.

czwartek, 5 lipca 2012

Rada i zdrada czyli Misiek na miarę możliwości


Myślę, że prawie każdy, kto śledzi (często z wypiekami na policzkach) naszą politykę, zastanawiał się raz czy drugi kiedy wreszcie pan Michał Kamiński, znany tu i ówdzie jako „Misiek” wychodzi sobie jakiś, choćby i malutki kluczyk do szafki, gdzie zamknięte stoją konfitury.
Tak przecież przy tym chodził i chodził, że na koniec chodzenia możliwości były dwie. Albo konfitury dla „Miska” albo wyszłoby, że z „Miska” taka dupa, że mógłby sobie chodzić do śmierci.
Oczywiście liczyć, że „najskuteczniejszy spindoktor przełomu III i IV RP” miałby okazać się skończoną dupą, byłoby naiwnością. Jakby pan „Misiek” nie wiedział, że sobie te konfitury wychodzi, siadłby gdzieś z boku i oszczędzał zelówki. Jak kto nie ma konfitur, to jeśli by schodził sobie zelówki, nie będzie miał czym ich podkleić. A z pana Michała spory chłop więc ścieralność zelówek ma bez wątpienia ponadprzeciętną.
Transfer pana Kamińskiego do obozu władzy  od dawna był oczywisty. Jak to się mawia w takich sytuacjach, był tylko kwestią czasu. W jakiś sposób i jakimś wymiarze nastąpił już podczas ostatniej kampanii wyborczej, kiedy Kamiński służył był radą Platformie Obywatelskiej. Prawdę mówiąc rada była w oczywisty sposób zdradą gdyż, jak dziś można usłyszeć czy przeczytać, że „że wskazywał słabe punkty w kampanii wyborczej swojej dawnej partii”. Od zarania dziejów tych, którzy nowym panom wskazywali słabe punkty swych dawnych suwerenów czy towarzyszy nazywano zdrajcami. Znalazłby się pan „Misiek” w dość licznym towarzystwie. Nie dałoby się go nazwać szacownym ale i tak to miło niż zostać z tą swoją zdradą samemu.
Oczywiście miał pan Kamiński prawo zadbać o swoje interesy. Choć jak mawiają, dorobił się tego i owego, widać jeszcze zbyt mało by spocząć na laurach. Wysiadając z tramwaju „polityka” na przystanku „przyzwoitość”.
Tu warto zwrócić uwagę na to, że za decyzją pana „Miśka” musi stać i ten fakt, że wspomniany wyżej „tramwaj” powoli zdąża do pętli. I kto ma rozum w głowie, rozgląda się za biletem na następny kurs. Tam, gdzie dotąd pobierał swój, raczej pan „Misiek” nie ma czego szukać. Tam, skąd miał zamiar jakiś czas temu zacząć pobierać, w ogóle pewnie żadnych biletów nie będzie.
A że z pana Michała chłop zdolny i sprytny, wiedział gdzie ich szukać. To, co z namaszczenia nowych przyjaciół właśnie dostaje, nie jest pewnie szczytem jego marzeń. Ale ważne, ze już się uchwycił. A znając choćby pobieżnie ten typ człowieka z miejsca powiem, że jak już chwyci to nie puści. Raczej uwiesi się mocniej.
Dla mnie w tej sprawie, poza kwestią odczuć pana „Miśka” podczas codziennych, porannych toalet, wymagających przyglądania się obliczu „wskazującemu słabe punkty swojej dawnej partii” interesujące jest co innego. Nie to, że pan Kamiński wreszcie sobie wychodził.
Raczej to, po jaką cholerę on Platformie. Czasy są takie, że w partii rządzącej liczenie szabel, posiadanych w rożnych gremiach wybieralnych służyć będzie najpewniej orientacji, które z nich trzeba będzie już niedługo chować. W tych warunkach ktoś nowy to nabytek zbędny a w tym przypadku na dodatek cholernie kłopotliwy. Bo od czasu do czasu „wskazujący słabe punkty w kampanii wyborczej swojej dawnej partii” czyli, mówiąc prościej, sypiący swych byłych kolegów.
A w życiu jest tak, że każdy bez wyjątku może być przyszłym, aktualnym lub byłym kolegą. I jakieś konsekwencje to za sobą pociąga. Tyle, ze konsekwencje związane z posiadaniem pana „Miśka” do przyjemnych nie należą.
Tak właściwie to dla mnie nawet styknie. Wreszcie ma Platforma Misia na miarę swoich możliwości.
http://www.rp.pl/artykul/10,908883-Michal-Kaminski-w-krainie-PO.html

wtorek, 3 lipca 2012

Jak Bielawny zabił nam Prezydenta („akwizytorzy umorzeń”)


Oczywiście nie twierdzę, że generał Paweł Bielawny jest sprawcą śmierci Prezydenta Kaczyńskiego i 95 pozostałych ofiar Smoleńska. Jest raczej winnym bezprzykładnego aktu autoagresji przejawiającego się zgodą na rolę, którą nakreśliłem w tytule a opiszę w postaci anegdoty. Pewnie już ja kiedyś cytowałem zgodnie z zasadą, że każda historia i historyjka powraca jako farsa.
Swego czasu któryś z carów wizytował jeden z prowincjonalnych garnizonów. po defiladzie tamtejszych oddziałów pochwalił dowódcę. Po wyjeździe imperatora dowódca przekazał pochwałę dowódcom batalionów ale jednemu wytknął drobne uchybienia. Ten podziękował dowódcom podległych sobie kompanii a jednego potraktował dość chłodno zwracając uwagę na liczne niedociągnięcia. Dowódca kompanii szefom drużyn rzekł spasibo a jednego zrugał jak psa. Ów dowódca drużyny wrócił do swoich wojaków i jednemu nakład po ryju.
Byłoby to nawet śmieszne gdyby nie stanowiło odniesienia do stanu państwa, które nie tylko jest jak najbardziej poważnym ( no bo chyba nie przyjęto nas tam na zasadach trefnisia albo ofiary pułkowej) członkiem najpotężniejszego sojuszu militarnego na naszym globie i już w jego (tego najpotężniejszego z sojuszy) ramach zdało ponoć egzamin. W skrócie polegał ten egzamin na tym, że zabija się nam w jednej chwili połowa władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz dwie trzecie naczelnego dowództwa a potem prokuratura zamienia się w istną hurtownię umorzeń. I z całej państwowej (cywilnej i mundurowej) administracji jedynym obwinionym okazuje się właśnie tytułowy Bielawny. Generał dywizji.
Powiem szczerze, że gdybym był teraz jednym z tych „akwizytorów umorzeń” ze wspomnianej „hurtowej” prokuratury prowadzącej któryś ze „smoleńskich wątków”, grzmiałbym w mediach a jakby nie były zainteresowane, to choćby na ulicy, by tego Bielawnego końmi rwać za to, co zrobił. Bo tylko tak dałoby się jakoś w miarę honorowo ( z mocnym zaznaczeniem tego „w miarę”) przejść do porządku nad faktem tego hurtowego uwalniania kogo się da od odpowiedzialności. A okoliczna ludzkość pewnie byłaby mocno usatysfakcjonowana. Raz, że najpewniej w jej poczuciu sprawiedliwości nic innego poza tymi końmi nie byłoby adekwatne do mordu dokonanego na 96 osobach. Dwa, że takie rwanie końmi musi być bardzo widowiskowe. A widowiskowość ludność bardzo sobie ceni.
Dla „hurtowni umorzeń” też byłoby to korzystne nadzwyczaj. Bo jakby się darł ten Bielawny ( a darłby się bez wątpienia) nieziemsko, musiałby niezawodnie zagłuszyć wszelkie wątpliwości, które w związku z cała sprawą w głowie jednego czy drugiego z „akwizytorów umorzeń” mogły się narodzić.
A mogły albo i musiały się narodzić. Bo jakżeby inaczej? Jakże to tak, jednego dnia wsiada w samolot 96 osób, których bezpieczeństwo jest bez wątpienia sprawą z punktu widzenia państwa priorytetową i wrażliwą, by później zbierać ich do najdrobniejszego skrawka.  I za to wszystko odpowiada jeden jedyny Bielawny. Gość mógłby spokojnie stanąć w szeregu najwybitniejszych seryjnych zabójców naszego globu. I wyróżniałby się z tego grona bez wątpienia precyzją i znakomitą techniką. Taki Ted Bundy musiał się namachać by te swoją 30 w statystyce osiągnąć. A Bielawny nawet nie był na miejscu.
Może się pan generał Paweł Bielawny poczuć urażony, że sobie dworuję z niego i całej sytuacji. Ale czy to moja wina, że dał z siebie zrobić „kozła ofiarnego”, który jeden jedyny głośniej lub ciszej beknie za Smoleńsk? Czy to ja sprawiłem, że w cywilizowanym kraju rozwala się pół państwa a drugie pół zadowolone uważa, że nic się nie stało?  Czy wreszcie ja odpowiadam za to, że mamy w prokuraturze najwydajniejszą „fabrykę umorzeń”?
ps. Być może zrobię sobie wakacje od blogowania. Jeśli bym cokolwiek pisał, będzie tu:
http://iirosemann.blogspot.com

poniedziałek, 2 lipca 2012

Zbrodnia urzędnicza czyli umorzenie i prokuratura


Trudno powiedzieć kto w tym wszystkim jest najbardziej winien. Rzecz jest tak zawiła, jakby Kafka zmartwychwstał by stworzyć sequela swego najsławniejszego dzieła. Tu też nie wiadomo kto oskarża, kto prowadzi śledztwo i kto na koniec okaże się winny.
Jeśli ktoś dziwi się lub jest zaskoczony decyzją prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie organizacji lotów prezydenta i premiera do Smoleńska w 2010 r. najwidoczniej pobieżnie śledził informacje o „imadle”, w które wziął najgeneralniejszego z prokuratorów szef szefów całej tej zgrai, która od dawna powinna zasiadać na ławie oskarżonych w tej właśnie sprawie. I nie chodzi tylko o to, że do dziś bodaj pan Tusk nie raczył nic zrobić z rocznym sprawozdaniem Prokuratora Generalnego. W każdym razie nie udało mi się znaleźć żadnej informacji by coś takiego miało miejsce. Bodaj miesiąc temu w prasie pojawiły się natomiast informacje o negatywnej opinii Ministra Sprawiedliwości sporządzonej na użytek Premiera. Ów użytek zaś polegać miałby na tym, że Premier mógłby skorzystać z ustawowego prawa wystąpienia o odwołanie Prokuratora.
Skoro mógłby to powinien wystąpić. Albo też powinien w końcu owo sprawozdanie przyjąć. Gdyby jego działanie nacechowane było dobrą wolą. I poszanowaniem prawa. To bowiem, nawet jeśli nie doprecyzowuje jakiegoś terminu dokonania czynności, każe ją wykonać „bez zwłoki”. O działaniu Premiera  w żadnym wypadku powiedzieć tego nie można. Gdyby bowiem było jakiekolwiek uzasadnienie, powinien faktycznie wystąpić o odwołanie Seremaka. Widać jednak taki stan zawieszenia mu pasuje.
Na dodatek, takie odnoszę wrażenie, w całej tej sprawie tuskowym „chłopakiem od wyciągania gorących kartofli z ognia” postanowił być nie kto inny tylko podejrzewany jeszcze gdzieniegdzie o bycie „ostatnim sprawiedliwym” w PO pan Minister Gowin. Nie tylko sporządził wspomnianą wcześniej ekspertyzę, wedle której Seremet nie radzi sobie z polityką kadrową i przeciekami ze śledztwa. On jest również autorem projektu osłabienia pozycji Prokuratora Generalnego kosztem Prezydenta.
Cała ta sytuacja jest chyba najjaskrawszą ilustracją fikcji, jaką jest podnoszona choćby w czasie ostatniej kampanii parlamentarnej jako oczywisty sukces PO „niezależność prokuratury”. Karykaturą niezależności jest to, że panwie Seremet i Tusk znaleźli się w takim klinczu, który nawet skończonemu idiocie za nic nie będzie się wydawał żadną „niezależnością”. Oto najwyższy urzędnik szantażuje odwołaniem najwyższego prokuratora w sytuacji, gdy najwyższy prokurator mógłby najwyższego urzędnika i jego najbliższych współpracowników postawić w stan oskarżenia.
Oczywiście można by oczekiwać od Seremeta i jego ludzi charakteru. Oczywiście można byłoby oczekiwać od Tuska i jego ekipy zachowania czystych reguł. Można by… Jeśli byłoby się skończonym naiwniakiem.
W którym miejscu została popełniona tytułowa urzędnicza zbrodnia odpowiedz sobie sam, drogi czytelniku. Może dzieje się ciągle…

niedziela, 1 lipca 2012

Grad wie… ( o szczurach i konfiturach)


Dziwić się dziś decyzji pana Aleksandra Grada, by teraz sprawdzić się w biznesie to wprost przyznać, że nic się nie wie o naszej polityce i naszej klasie politycznej. Nie pierwszy on i pewnie nie ostatni, co taką drogą podąża. By wymienić najsławniejszego, Stanisława „Staszka” Dobrzańskiego, któremu minister Kaczmarek nieba przychylił gdy ten z biznesem postanowił się zmierzyć czy Wiesława Walendziaka, co to miast „ wielką nadzieją prawicy” wolał zostać „prawą ręką” Krauzego.
Chęć pana Stanisława „Staszka” czy pana Wiesława by „się sprawdzić” to przejaw ich roztropności lub ich pazerności. Wiadomo, że jeśli gdzieś są prawdziwe pieniądze do zarobienia w sposób, który z zarabiającego nie zrobi drugiej Sawickiej, to nie jest to polityka lecz biznes.
Jeśli ktoś nastawia się więc na zysk a nie jakąś tam partycypację w rządzeniu, wybór jest prosty.
I myślę, że pan Grad wreszcie zdecydował się nastawić. Na ten wspomniany zysk.
Być może po latach starań, odkrył wreszcie,  że w jego plecaku akurat żadna buława nie spoczywa więc szkoda w ogóle zachodu w tej całej polityce. Fakt spławienia pana Ministra przez pana Premiera z rządowych układanek musiał to bolesne odkrycie przyspieszyć. Tym bardziej, że wcześniej, wobec oczywistych wpadek jak ta z katarskim inwestorem, zdawał się pan Grad być absolutnie nietykalny.
Postanowił więc korzystać z resztek swoich politycznych „mocy przerobowych” i, jak się takie decyzje potocznie i kolokwialnie nazywa, ustawić się.
To jedna z hipotez wyjaśniających czemu pan Aleksander Grad zdecydował się porzucić wielką politykę dla wielkiego biznesu.
Bo przecież trudno o większy biznes od pierwszej naszej atomowej siłowni albo od wydłubania nam z ziemi „drugiego Kuwejtu”. Można oczywiście mieć obawy czy nie będzie z tym atomem czy tam z tym „Kuwejtem” jak było ze stoczniowym przemysłem. Pożyjemy zobaczymy…
Ale może być też inna przyczyna tej decyzji Grada niż jego pazerność. Tą przyczyna może być przezorność.
Jak pamiętamy, pan Stanisław „Staszek” Dobrzański mógł się sprawdzić w biznesie dlatego, że jego protektorem był przyjaźnie do niego nastawiony Minister Kaczmarek. Gdyby nie było Kaczmarka kto wie, czy nasz biznes kiedykolwiek miałby szansę bycia sprawdzanym przez pana Stanisława „Staszka”.
Myślę, że podobnie jest z panem Gradem. Myślę, że postanowił on zminimalizować ryzyko i startować póki u władzy są jego „Kaczmarkowie”. Dając tym przy okazji do zrozumienia, że władza tych jego „Kaczmarków” nie będzie trwała wiecznie. Moment decyzji sugeruje nawet, że wedle Grada, jego „Kaczmarkowie” mogą rządzić krócej niż nam się zdaje.
Zatem bez względu czy chodzi o pazerność czy przezorność albo, jak kto woli, o szczury lub konfitury, nie ulega wątpliwości, że Grad wie…