wtorek, 22 maja 2012

Litewski kołdun w czekoladzie czyli smaki przyjaźni

Kiedy pisałem swój wczorajszy tekst, zadawało mi się, że relacje polsko- litewskie osiągnęły już ten poziom absurdu, ze gorzej czy tam śmieszniej już być nie może. Że teraz czas by emocje spadały a afekt zastępował zdrowy rozsądek. Okazało się, że bardzo się myliłem a promień mego błądzenia uświadomił mi pan Igor Janke, publikując osobliwy apel. Nie czepiam się treści jako takiej. Apel ów jest osobliwy „tu i teraz” i do aktualnej sytuacji pasuje jak wianek ze stokrotek do munduru Wermachtu.
W zasadzie nie jestem pewien intencji twórców apelu (pana Igora już szybciej). Czy „chodzi o to by nie wpaść w błoto” czyli rzeczywiście o wiarę w to, iż można się uśmiechnąć, pomachać ręką i wszystko, jak w jakiej bajce, będzie cacy. Chciałem napisać „znów” ale przypomniałem sobie, ze dotąd nie było. A może „w błoto” i tak wpaść musimy i pozostaje już tylko kwestia w jakim towarzystwie i w jakim stylu. Czyli taka szczera mina do kiepskiej gry.
Tak ta „inicjatywa pojednania między oboma narodami”, proponowana przez pana Igora wygląda.
Odnoszę wrażenie, ze ona nie narodziła się teraz, że odkąd my jesteśmy wolni i wolni są nasi bracia Litwini, cały czas wykazujemy naprawdę wiele „inicjatywy pojednania między oboma narodami”. Przez całe lata okazujemy i okazujemy. I jeśli coś z tego wynika to chyba akurat nie to, czego my wszyscy, wraz z panem Igorem, redaktorem Michnikiem i resztą podpisanych i nie podpisanych pod apelem byśmy chcieli.
Pozostaje zastanowić się czemu tak jest.
Tak do końca nie wiem ile w tym winy tej naszej nieustającej „inicjatywy pojednania między oboma narodami” ale wykluczyć tego, że za nasze ciągle obecne we wzajemnych relacjach serce otrzymujemy kamień niejako na własne życzenie wykluczyć się nie da.
W końcu każdy chyba spotkał się w życiu z sytuacją, w której widział przypadki rozwydrzonych, skrajnie egoistycznych bachorów, które do takiego stanu doprowadziła miłość i wynikająca z niej pobłażliwość ich rodziców czy tam (jak w tym przypadku) starszego rodzeństwa.
Naprawdę obawiam się, że gorący apel pana Igora i całego towarzystwa, w którym krzyczy o wzajemną miłość, po drugiej stronie odebrany zostanie opacznie. Jako apel „róbcie swoje, my i tak was kochamy”. To, co widzieliśmy i widzimy dotąd, pokazuje, że w kręceniu nami nasz mały sąsiad przednio się wyspecjalizował. I, niestety szybko go tego nie oduczymy. A już na pewno nie miłosnymi wyznaniami. To, ze będzie ów proces długi, wynika przede wszystkim z tego, że cała sprawa zaszła zbyt daleko i dziś wygląda wręcz na gówniarską (choć realizowaną po mistrzowsku) złośliwość Litwinów. Poza tym kto u nas miałby tupnąć pod Wilnem? Ci, co sprzedawali naszych w Mińsku a i w Wilnie „minęli się z prawdą” wobec tamtejszych rodaków nie tak znowu dawno?
Reakcja sygnatariuszy apelu jest oczywiście oklepanym intelektualnym schematem w duchu „dzieci- kwiatów”. Ładnym ale głupim na dłuższą metę. Mi przypomina reakcję Boxera z „Folwarku zwierzęcego” na każdą kolejną opresję. „Będę więcej pracował” zwykł puentować takie sytuacje. Pan Igor z towarzystwem idzie jego tropem i na kopniaka z Wilna odpowiada „I tak będziemy was kochać”.
Nie tędy droga panie Igorze. Nie zawsze się da by było ładnie. Choć Zasze by się chciało.

poniedziałek, 21 maja 2012

Jak nas Litwini uczyli dyplomacji

Trudno przypomnieć sobie kiedy nasze stosunki z Litwą można było nazwać przyjaznymi. Najpewniej wtedy tylko, gdy kibicowaliśmy Litwinom stojącym szpalerem wokół wileńskiej wieży telewizyjnej i patrzącym w czerwone oczy sowieckim czołgom. Wtedy Lndsbergis dziękował nam w pięknej polszczyźnie za solidarność. Później jakoś szybko zapomniał naszego języka i dziennikarzom z Polski odpowiadał już tylko po litewsku (czy tam angielsku). Choćby wtedy, gdy pytali go o kolportowaną przez ludzi Sajudisu mapę „historycznej Litwy” sięgającej gdzieś pod Elbląg.
I tak już zostało.
To, co zrobiła Prezydent Grybauskaite to nie tylko przejaw konsekwencji w budowaniu wzajemnych relacji Litwy z Polską. To także lekcja dla naszych macherów od polityki zagranicznej jak się powinno w niej poruszać. Kiedy w ubiegłym roku doszło do protestów litewskiej Polonii związanych z ustawowymi ograniczeniami polonijnego szkolnictwa , wydawało się, że mamy szansę połknąć nieprzyjaznych sąsiadów jednym kłapnięciem. I nikt z naszej wielkiej „europejskiej rodziny” nam tego aktu kanibalizmu nie będzie miał za złe.
Problem w tym, że i tę sprawę „załatwiono” tak, jak załatwia się od jakiegoś czasu wszystkie sprawy naszego kraju. Szybki benefis przed kamerami i mikrofonami tego czy tam owego z naszej „klasy politycznej” a później cisza. Nic się nie dzieje. Gdyby dziś, tak na szybko, zapytać tę gawiedź, która tak szarpała się oceniając wielki sukces/ koszmarną porażkę Tuska pod Ostrą Bramą, jak się sprawy z polskimi szkołami na Wileńszczyźnie mają, pewien jestem, że mało kto by wiedział. A przecież trudno było tamtą sytuację oceniać inaczej jak wystawienie się Wilna na nasz cios i oczywisty nokaut.
Ten, kto tak widział tamtą sytuację (w tym ja) oczywiście przecenił zdolności naszych „dyplomatów”. Ale też nie docenił zdolności ich litewskich odpowiedników.
Słowa pani Prezydent to takie efektowne wyjście spod ciosu. Nie powiem mistrzowskie. Mistrzowskie byłoby gdyby nie… Gdyby nie to, że ten, kto miał przeciwnika tak wystawionego przez tyle czasu nie potrafił nic zrobić. A jak mawiają klasycy niewykorzystane sytuacje się mszczą. No i zemściły się.
Widać na tym przykładzie, że to, co zbyt często umyka nam, jest pilnie odnotowywane przez innych. Dotąd nasze spory o osobliwe matrimonium non consumatum z Rosją, zaklepane nad ciałami w Smoleńsku zdawały się akademicką dyskusją o estetyce, etyce i kilku innych, teoretycznych a więc całkiem nie przydatnych dziedzinach, okazały się mieć swój jakże realny wymiar.
Okazało się, że nasze, hmmm…, zbliżenie z Rosją nie tylko nie przyniosło nam ani spodziewanych ani nawet niespodziewanych korzyści. Okazało się, ze przyniosło nam oczywistą szkodę.
Litwini, którzy wtedy, gdy Tusk lansował się bezproduktywnie na wileńskiej ziemi, mieli nie za wiele argumentów w dyskusji z nami, teraz je, a jakże mają. I, widząc ich dyplomatyczna sprawność, będą ich mieli jeszcze więcej.
Nie zdziwcie się szanowni obserwatorzy, jeśli okaże się za jakiś czas, że do niezadowolonego Wilna dołączy jeszcze kilku „niezadowolonych”. Tych, których nasze rzeczywiste czy tam wydumane zbliżenie z Moskwą też zacznie niepokoić. Nie łudźcie się wtedy, ze to się stanie ot tak samo z siebie. Będzie to efekt tych słów pani Grybauskaite ochoczo rozwiezionych po różnych Rygach czy Tallinach przez jej heroldów.
Jej słowa świadczą najlepiej, ze nasi mniejsi bracia wcale się nas nie boją. Bo co im zrobimy? Przecież nas nawet te kilka milionów Litwinów potrafi zrobić w bambuko. Takich mamy mocarzy w MSZ-cie!
Za jakiś czas nie będzie innego wyjścia tylko wizyta naszego Prezydenta, odzianego w jakąs Włosienicę od Armatniego czy od Prady, w Wilnie z płaczliwym „wybaczcie bracia Litwini!”
My po prostu inaczej nie umiemy. Przynajmniej póki na czele naszych dyplomatów stoi taki gigant jak pan Radosław Sikorski.

niedziela, 20 maja 2012

Geniusz Hajdarowicza (będzie mi Cię „Rzepo” brakowało)


Pewnie Hajdarowicz jest wirtuozem a może i geniuszem biznesu. Nie wiem, nie znam się. Potrafię jednak pewne fakty zauważyć. Nie zawsze zrozumieć…
„Rzeczpospolitą” zacząłem regularnie kupować zaraz po tym, jak Michalski popełnił samobójstwo „Dziennika”. Z krótką przerwą na refleksję redakcji w sprawie samospalenia pod KPRM płaciłem te (ostatnio) 3,50 złotego dzień w dzień oprócz niedzieli. Teraz płacę rzadko. Nie, nie dlatego, że znów mi podpadli.
Od jakiegoś czasu zdarzało się, ze odbierając od pani z „mojego” kiosku „Rzepę” słyszałem, że specjalnie dla mnie odłożyła bo dostała jedną. Od ponad miesiąca pani mi nie odkładała poza sobotą gazety. Nie odkładała bo nie dostawała żadnego egzemplarza. Wczoraj, pierwszy raz, nie dostała i sobotniego wydania. Tak się złożyło, ze wyjeżdżałem wczoraj na jeden dzień do brata więc odbyłem najpierw peregrynację po moim mieście a później po miasteczku, w którym mieszka brat. Wszędzie słyszałem „dziś nie dostałem ani jednego egzemplarza”. Od pewnego momentu, rozeźlony, zacząłem sprawdzać, czy nie ma na „Rzepę” popytu ale wszędzie (!) okazywało się, ze na jeden, dwa, trzy egzemplarze chętni byli zawsze.
Gdybym ja i te kilka osób z każdego odwiedzonego przeze mnie punktu nagle stwierdził, ze nie będę płacił po 3,50 zł z tego czy innego powodu, zrozumiałbym to, co wczoraj odkryłem. Byłoby to z punktu widzenia biznesu zwanego „wydawaniem dziennika „Rzeczpospolita” całkiem zrozumiałe. W sytuacji, w której od dawna musiałem biegać po coraz rozleglejszej okolicy by te swoje cholerne 3,50 wcisnąć siła Hajdarowiczowi, i mi się coraz rzadziej udawało, sensu „strategii rozwoju gazety” przyjętego przez „Presspublicę” pojąć za nic nie mogę. Jak napisałem na początku, najwidoczniej geniusz biznesowy pana Grzegorza przerasta moją wyobraźnię.
Wyobraźnię, która, pytana przeze mnie o sens wydawania 130 milionów złotych po to, by zarżnąć najważniejszą i najbardziej prestiżową kurkę z zakupionego stadka, odmawia odpowiedzi. Nie, nie kieruje się żadną biznesową klauzulą poufności. Po prostu nie ogarnia.
Nie wiem już czy przypadkiem, patrząc zezem na „sukces” należącego do tegoż przedsiębiorcy „Przekroju”, nie trafiła się jedna jedyna w całym wszechświecie branża, przy której geniusz biznesowy Hajdarpowicza nie okazał się po prostu bezradny. Może to, co pozwala milionerowi z Krakowa kupować z ogromnym zyskiem piasek brazylijskich plaż, zawodzi gdy trzeba radzić sobie z nieprzewidywalnym, polskim rynkiem medialnym?
Gdy tak wczoraj biegałem po kioskach i salonikach prasowych, zaskoczyło mnie, że wszędzie tam, gdzie wiało pustką po „Rzepie”, bez kłopotu mógłbym nabyć wspomniany „Dziennik”, zalęgający wszędzie w znacznej ilości. Mógłbym liczyć na którąś z mutacji dawno już pogrzebanego przez specjalistów branży dziennika „Polska- The Times”.
Nie wiem jak się dystrybuuje gazety. Ale jakoś na logikę wychodzi mi, że skoro opłaca się takiemu „Dziennikowi” zalegać w kioskach to tym bardziej musi się opłacać przywozić gazetę tam, gdzie na nią ktoś czeka ze swoimi trzema zylami pięćdziesiąt.
Wiem, że jakakolwiek sugestia, że „plan biznesowy” Hajdarowicza polegać miał na zarżnięciu z jakichś pozaekonomicznych względów „Rzepy”, postawiona zostanie gdzieś w okolicach „helowej mgły”. Zatem nie pozostaje inne wytłumaczenie, że finansowy talent Hajdarowicza jest, przynajmniej w tej branży, mocno przeszacowany. I trzeba współczuć mu wywalenia tych 130 milionów w błoto. Bo w końcu skusze się na coś innego jak mi Hajdarowicz będzie takie numery robił.
Choć przyznam, że będzie mi Ciebie, droga „Rzepo” mocno brakowało…

Historie i historyjki (Prezydent już nie przeszkadza)


Prawdę powiedziawszy sądziłem, że temat „apostazji” Pajacyka został już dość wyśmiany zanim objawił się on przed wiadomymi drzwiami i zrobił wiadomo co. Kiedy pisałem kilka dni temu „Bo przecież chyba nikt nie myśli, że w warszawskiej czy tam gnieźnieńskiej kurii powstaje właśnie dramatyczny apel do obu panów kończący się płomiennym wezwaniem „Don’t Go!”* sądziłem, że nie tylko ja odbiorę cała imprezę tak, jak powinna być ona odbierana. Nie było mnie w sieci przez niemal dwa dni więc nieco zdziwiłem się gdy zauważyłem, że „wielcy Salonu24” poważnie odnoszą się do eventu zorganizowanego przez Pajacyka i jego Ruch. A prawda jest taka, że gdyby okazało się, że Ruchowi Pajacyka mogłaby pomóc, dajmy na to, brazylijska depilacja, też publicznie by jej dokonał. Ciekawe czy wówczas wywołałoby to podobną reakcję jak ta dzisiejsza?
W zabawie pajacąt historyczne a raczej pseudohistoryczne jest przecież tylko wynikające czy to z nieuctwa czy to z pośpiechu lub roztargnienia nawiązanie do Józefa Piłsudskiego. Może wynikłe też z faktu, że obaj panowie, Ziuk i błazen z Biłgoraja mają te same inicjały. I pewnie Pajacykowi wyszło, że z niego „Piłsudski XXI wieku”. Taki „Piłsudski” jaki wiek…
Ale to nie jedyny przebłysk „wielkiej historii” w ostatnich dniach. Tusk o zbliżającej się sportowej imprezce za marne kilka miliardów pozwolił sobie stwierdzić „To być może jedne z najważniejszych trzech tygodni w historii naszego kraju”**. Qrka wodna! Może jesteśmy prowincją. Może na co dzień trudno byłoby wycisnąć z przeciętnego Europejczyka czy tam obywatela świata jakiekolwiek informacje na nasz temat. Bo niby czemu miałby cokolwiek o nas wiedzieć? Czy my wiemy cokolwiek o Belgach albo Portugalczykach? Ale kilka razy potrafiliśmy tak namieszać, że świat faktycznie oczu od nas oderwać nie mógł. Zaś różne Mundiale i takie tam odbywają się to tu to tam bo gdzieś muszą i tyle. Zaś świat swą uwagę skieruje najpewniej na ślicznego Krzysia Ronaldo i kilku równie przystojnych chłopców z krótkich spodenkach. Natomiast fakt, że depczą oni glebę umownie nazwaną Poland czy tam Holand będzie im zwisał i powiewał. No ale skoro historyk tak to widzi, pewnie będzie to faktycznie kilka najważniejszych tygodni naszej historii.
Na koniec ostatnie nawiązanie do historii. Tej mocno najnowszej. Jak wiadomo jednym z najburzliwszych konfliktów ostatnich lat III RP była kwestia prowadzenia polityki zagranicznej. Kłótnia o to, na ile ma prawo włączać się w nią Prezydent oparła się przecież nawet o konstytucję a ówczesny i (co szczególnie istotne) obecny Minister Spraw Zagranicznych gotów był klękać przez Prezydentem by ten sobie różne wyjazdy odpuścił.
Dziś, słuchając wiadomości, ze zdziwieniem usłyszałem, że na rozpoczynającym się szczycie NATO szefem naszej delegacji będzie Prezydent. Nie usłyszałem natomiast żadnych lamentów, że cnota konstytucji znów jest zagrożona ani że pan Sikorski znów gotów nadwerężać swe szlachetne kolana. A miałby okazję bo się z Prezydentem zabrał.
Od przypomnianych przeze mnie zajść nie nastąpiła zmiana konstytucji, która inaczej określiłaby relacje poszczególnych ośrodków władzy wykonawczej. Zmienił się tylko Prezydent. My zaś dostajemy dowód tego, że te poprzednie biadolenia na temat „zagrożenia konstytucyjnego porządku” były zwykłymi przejawami antykaczyńskiej alergii. Dzisiaj otrzymujemy lekcję braku czy to konsekwencji czy to przyzwoitości. Oraz lekcję stawiania plemiennych relacji ponad powagę państwa. Anulowanie zastrzeżeń wobec aktywnej roli Prezydenta w polityce zagranicznej tylko z tego powodu, że nazywa się on teraz Komorowski stawia tych niegdyś „zatroskanych” w dość mało korzystnym świetle. Różnica w tym, że „Prezydent już nie przeszkadza”, prawda panowie.


sobota, 19 maja 2012

Partia złodziei czy głupia baba w polityce? (suplement)


Poza wersją oficjalną, wedle której doczekaliśmy się zadziwiającej sytuacji skazania na więzienie ofiary intryg tajnych służb… Tu taka uwaga do tych, którzy ją rozpowszechniają. Mamy rok 2012, piaty rok rządów „prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości”. Zatem nie czujecie dysonansu? Pięć lat po obaleniu reżymu w więzieniu ląduje kobieta skrzywdzona przez Państwo a Państwo nic?
Ale wróćmy do wersji wydarzeń. Zatem oficjalnie jest tak, że była sobie pani Beata. No i pojawił się wąż i ja skusił. Odtąd rodzić będziemy w bólu i w proch się obracać.
Nieoficjalnie, ale nie mniej często rzecz pozbawiona jest patosu. Na grę na plejstejszyn by się bez dwóch zdań nie nadawała. Mają się więc sprawy tak, że pani Beata była (była?) głupia wiec jak się ten wąż z reklamówką forsy pojawił, wzięła. Każdy głupi by wziął.
Każdy głupi… I tu kończą się żarty. Zaczyna się natomiast ciche rachowanie tych „głupich”, którzy by wzięli. Nie ważne ilu wychodzi bo nie o to chodzi.
Chodzi o to że tacy są. Choć bez wątpienia być ich nie powinno. A w zasadzie nawet nie może ich być!
Proces doboru tej zbiorowości jest tak złożony, że ktoś, komu bozia do głowy za wiele nie nalała nie ma szans przez niego się przecisnąć. Owszem, można psioczyć na demokrację, na wolę ludu i tłumaczyć, że wybrańcy tacy sami mądrzy jak i wspomniany lud. I nie dziwić się niczemu. Tyle, że głupi lud nie zwykła w czasie wyborczym chadzać po domach i wyciągać siła ludzi kierując się tym czy innym kryterium. Choćby i głupoty wypisanej na twarzy. Może nawet byłby do tego zdolny gdyby nie był na to zbyt leniwy czy tam wygodny. Temu leniwemu ludowi trzeba więc podsunąć menu, z którego wybiera sobie danie główne i przystawki. I tu kończy się przypadkowość wyboru dokonywanego przez głupi i do tego leniwy lud. Listę pozycji do wyboru tworzą bowiem ludzie kompetentni i odpowiedzialni. Tak przynajmniej, jak mniemam, widzą oni siebie samych. Zatem jeśli lud w jakimś momencie wybiera głupią babę (To nie jest nic seksistowskiego! Odnoszę się do narzuconej narracji) to raczej dlatego, że jest ona na liście przygotowanej przez tych kompetentnych niż dlatego, że on też jest głupi. I do tego leniwy.
Zatem obrona metodą „głupiej Sawickiej” nie jest najlepszą metodą. Zdecydowanie większy szacunek budzi we mnie prymitywna, cofająca nas do czasów barbarzyńskich opcja, przyjęta przez Schetynę. Zasugerowana przez niego koncepcja „doskocz i oddaj” jest o tyle godna uwagi, że ma, jak napisałem, bogatą historię zaczynająca się gdzieś w okolicach „oko za oko” i nawiązująca także do naszej rodzimej wróżdy. Ale nie tradycja jest jej największą zaletą. Raczej to, że nie pozostawia potencjalnych następców pani Beaty samych sobie. Mówi do nich Schetyna w ten sposób „Będziecie pomszczeni. Jakby co…”
Ale zostawmy tę godną zarazem pogardy i szacunku, bez wątpienia mającą niewiele wspólnego z humanizmem i zdobyczami oświecenia, barbarzyńską szczerość Schetyny by wrócić do „głupiej baby”.
Wytykanie głupoty osobie, która „ w 2001 przystąpiła do Platformy Obywatelskiej w Jeleniej Górze. Była członkiem władz regionalnych i krajowych tej partii. […]w wyborach w 2005 została wybrana do Sejmu z okręgu legnickiego, uzyskując 8764 głosy. W Sejmie V kadencji pracowała w Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Komisji do Spraw Kontroli Państwowej. Od 10 lipca 2007 do 11 października 2007 zasiadała w Radzie Służby Publicznej przy Prezesie Rady Ministrów.”* wydaje się nie na miejscu. Może mniej z uwagi na te zaszczytne stanowiska, które pełniła a zdecydowanie bardziej z uwagi na stan umysłu przeciętnego, szarego obywatela. Co się dzieje w głowie takiego Suwerena, dajmy na to jednego z tych 8764 z okręgu legnickiego, który na co dzień boryka się choćby z poszukiwaniem pracy i głowi się czego w jego CV brakuje skoro wszędzie mu dziękują. A tu…?  Atu i Sejm V kadencji   i Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych a nawet Rada Służby Publicznej przy samym Prezesie Rady Ministrów. I właśnie dowiaduje się, że to wszystko zdołała obskoczyć osoba, którą teraz w szeregach partii, której była członkiem władz regionalnych i krajowych tej partii, byli koledzy mają za skończonego głupa.
Powiem szczerze, ze problem „głupiej baby w polityce” (TE „głupiej baby” by było jasne) jest poważniejszy niż się wydaje. Linia obrony, czyniąca z pani Beaty nie  winną crimenu lecz ofiarę własnych, niezbyt wielkich kompetencji intelektualnych nie wydaje mi się jakoś szczególnie misterna. Bo ona MUSI rodzić pytania wypływające z zasad demokracji. Tej wewnątrzpartyjnej, wielokrotnie podnoszonej przecież przez byłych kolegów pani Beaty z władz regionalnych i krajowych tej partii.  Pytań o to kto wytrzasnął pani Beatę, kto ją pchnął do polityki. Kto sprawił, że mogła kandydować do władz regionalnych i krajowych tej partii  oraz do Sejm V kadencji . Wreszcie pytanie ostatnie. Kto ją do jasnej Anielki wybierał? Tych 8764 przedstawicieli pomińmy. To przecież w końcu tylko „przypadkowe społeczeństwo” a nadto ofiary. Ofiary tego, że ktoś podsunął im niecnie „głupią babę w polityce”. W dodatku posługując się oszustwem. Bo nie sądzę by na plakatach z panią Beatą, w tym okręgu legnickim napisano że ona „głupia”. Nie napisano też, że ma „lepkie ręce” ale na razie my nie o tym…
Wracając do pytań zaczynających się od „kto” pozostaje poszukać tych, dzięki którym była ona w składach i na listach. I zastanowić się czemu wysłali oni tam „głupia babe w polityce”. Możliwości są dwie. Albo sami są równie głupi albo do czegoś potrzebna im była „głupia baba w polityce”. Do czego? Nie mam pojęcia.
Na konie przyznam, że przy wszystkich moich wątpliwościach rozumiem czemu tak się teraz o tej sprawie próbuje mówić. Pokazałem, że sprawa pani Beaty to nie tylko ona sama. Zawsze będzie aktualne pytanie „kto” w kontekście dania pani Beacie takich możliwości, z jakich skorzystała. I choć pewnie byłoby bardziej honorowo przyznać, ze z pani Beaty sprytna cwaniara (zatem osoba w jakiś sposób kompetentna), której się tylko od nadmiernego rozpędu noga podwinęła, trwać będą na stanowisku, że to jednak tylko „głupia baba w polityce”. Bo mimo wszystko lepiej mieć na sumieniu tę „głupią babę w polityce” i wyjść na „Partię durniów”, której członkiem władz regionalnych i krajowych  była owa „baba”, niż przyznać jej specyficzne kompetencje, nie wyjść na durniów umożliwiających kobiecie znalezienie się w miejscu, z którego było tak blisko tej reklamówki pełnej forsy i ostatecznie znaleźć się, niestety, w „Partii złodziei”.

* z biogramu pani Beaty w Wikipedii : http://pl.wikipedia.org/wiki/Beata_Sawicka

piątek, 18 maja 2012

Agent Tomek w pościeli, agent Tomek pod celą

Chcąc nie chcąc dalej musimy poruszać się w rzeczywistości, w której prawda nie istnieje a właściwie na trwałe została zastąpiona protezowaniem w postaci „prawd” wygodniejszych, łatwiejszych do zaakceptowania. Najciekawsze jest to, że odbywa się to najczęściej w sztafażu „dążenia do prawdy”. Dokładnie zaś w ten sposób, że kiedy coś nam nie leży, domagamy się od drugiej strony konkretów, linków, cytatów, wyłapując przesunięcie przecinka, choć to akurat dla wymowy (a zatem i dla prawdy) znaczenie ma żadne.
Ale tak już jest i trzeba to zaakceptować. Tym bardziej, że nie dotyczy to tylko nas, szarych obywateli ale i tych, którzy trzymają nad nami rządy. Nie, na szczęście nie rządy dusz. Tego by jeszcze brakowało.
Podam przykład świeży, z wczorajszego dnia. Może śmiesznym było, gdy niektórzy zaczęli się domagać by obecna siła przewodnia kajała się za pewną panią, co kiedyś była towarzyszką a dziś już nie jest. Jeśli zaś uprawomocni się wyrok, będzie natomiast zwykła kryminalistką. Jakaś logika w tych oczekiwaniach chyba jest. Bo w końcu jakby pani owa nie była wcześniej towarzyszką, kryminalistką pewnie by też nie została ("Kurwa mać, tylemam układówteraz wypracowanych…”). A w każdym razie szanse na to miałaby mniejsze. Ktoś mi tu zaraz, jak to wcześniej bywało, odwinie Lipcem. Otóż szanowny, potencjalny polemisto. To nie jest to samo. Lipiec czerpał korzyści z faktu zajmowanych stanowisk, które zapewne zawdzięczał swym koneksjom. Owa pani żadnych stanowisk nie zajmowała a swój krótki biznesowy lot wykonała podparta wyłącznie przynależnością i zdjęciami z kilkoma personami.
Oczywiście nikt się tak naprawdę kajać nie zamierza ani do winy nie poczuwa. Tak politycy (nie tylko zresztą ci) już mają i tyle. Ale tak mają na swój, powiedzmy kieszonkowy użytek. Do kamery nikt nie powie, że „o co w ogóle kaman?” i zauważy, że on się S. nie nazywa. Przed kamerą trzeba mądrze.
Zatem wspomniane „mądrze” ujrzało wczoraj świat w takiej formie, która łączyła pewne, chyba niezbyt wielkie obrzydzenie kryminalną przeszłością pani owej oraz coś na kształt „okoliczności łagodzących”. Coś jakby „krakowianka winna mało, wzięła w łapę bo się dało, krakowiaczek zaś jest winien, dawać w łapę nie powinien”. Taka melodia PRL-u, gdzie wprowadzono mechanizm ochrony łapówkarzy poprzez karanie i tych co dawali. Pacyfikując od razu ewentualnych delatorów.
Mimo tych pozorów, które mogą wynikać z tego, co wyżej, daleki jestem od dworowania sobie z linii obrony, przyjętej przez pana Donalda Tuska. Bo wcale nie jest to miejsce do żartów i śmiechów. Rzecz bowiem w tym, że mówiąc to, co powiedział, dał do zrozumienia, że za nic ma ustalenia sądu, które znalazły się w uzasadnieniu wyroku. Te, które oczyszczają ówczesne CBA z zarzutu „politycznych działań” przeciwko owej pani i przeciwko owej partii, której towarzyszką była wspomniana. Przypomnę tak mimochodem jaki szum wywoływała każda wypowiedź poprzednika pana Tuska, wyrażająca z jakiegoś ustalenia wymiaru sprawiedliwości.
Druga rzecz, która z wystąpienia pana Tuska wynika, to takie mimowolne przyznanie się do porażki albo nieudolności. Dawno, dawno temu, ale myślę, że wielu jeszcze pamięta, gdy pan Tusk debiutował na stanowisku, które ciągle jeszcze zajmuje, jasnym było, że „obnażenie” tamtego CBA jest jednym z priorytetów. Ilość spraw założonych ludziom związanym z tą służbą była niemała. I teraz dochodzimy do momentu, w którym jest jak na razie jeden wyrok. Jednak nie dla CBA lecz dla towarzyszki. CBA oczyszczono.
Tu tak na marginesie przyznam, że się trochę naśmialiśmy z Kobietą Moją Kochaną z zapisanej w uzasadnieniu uwagi, która miała wpływ na owo oczyszczenie służby. Stwierdzone zostało, że nie doszło do „naruszenia cielesności” towarzyszki, przez co jest ona tylko łapówkarz albo (to dla feministek) łapówkara. I tu mnie naszło takie spostrzeżenie, że gdyby agent Tomek musiał towarzyszce wręczać gratyfikację w pościeli, to może wyszłaby na, powiedzmy „leki obyczaj” ale z łapówki by się wywinęła. No a gdyby jeszcze ciążę zapuścił…! Nie wywinąłby się dla odmiany on!
Ponoć po zdobyciu władzy Donald Tusk, na przykładzie byłej towarzyszki zademonstrował swym compadre czego się wystrzegać. Myślę, że nie wpadł mu do głowy ten koncept, na którym oparł się sąd. I nie sugerował koleżankom, aby, jeśli już dadzą się uwieść wdziękom jakichś agentów, brały każdą kasę w miłosnym „anturażu” . Wyjdą co prawda najwyżej na pospolite… ale to jak na razie nie jest karalne.

czwartek, 17 maja 2012

„My” i „Wy”

Cieszę się, że w powodzi tekstów na okrągło tłukących kolejne mniej lub bardziej godne uwagi „tematy dnia” został zauważony tekst kolegi Bufona*. Będący zarazem kontynuacją jak też i esencją jego przemyśleń, odnoszących się do sprawy przerastającej zarówno kompanię Niesiołowskich jak i trzy cele pełne Sawickich. Skoro już jesteśmy przy bieżączce…
Da Bóg, o Sawickiej wkrótce zapomnimy, Na temperament Niesiołowskiego i Jego za mało. Ale nawet jeśli da radę, co z tego. Przywołane przez Bufona „My” i „Wy” doskonale poradzą sobie i bez pani S i bez „damskiego boksera”. I właśnie w tym rzecz.
Niesiołowskiego i Sawicką Bufon mi wybaczy bo sam nie ustrzegł się nieco krzywego spojrzenia na sprawę więc mam prawo odpłacić tym samym. Czym zresztą bez tego byłaby dyskusja „Nas” z „Wami”?
Niech będzie taka a nie inna ale niech będzie. Przebiegłem tylko komentarze pod tekstem Bufona i wydaje mi się, że okazał się szanowny kolega głosem wołającym na puszczy. Ale nie docenić jego wołania byłoby głupotą. Coraz rzadziej zdarza się nam na nasze problemy patrzeć z perspektywy, do której Bufon próbował się zbliżyć. Perspektywy pozbawionej uwiązania schematami, szablonami, kalkami. Takiej, w którym nic nie jest bardziej „mojsze” a przez to traktowane jak ukochany, rozwydrzony dzieciak. Któremu więcej wolno.
Niestety dzielę z Bufonem tę zaćmę, która uniemożliwia patrzenie na najważniejsze dla nas tak, by nie przesłaniali jej żadni Tuskowie, Kaczyńscy, Palikotowie, Millerowie. A właśnie tak na NASZE sprawy powinniśmy patrzeć. Te nazwiska powinny pojawiać się dopiero później, na takiej samej zasadzie, na jakiej pojawia się pomoc drogowa po stwierdzeniu flaka na którymś z kół.
Jednak ani „My” ani „Wy” nie potrafią a pewnie i nie chcą już wrócić do tej równowagi, w której traktować będziemy politykę jako pewien rodzaj działalności usługowej. To, że traktujemy (nie tylko my) ja inaczej to chyba największa porażka ewolucji systemów społecznych ofiarujących nam kiedyś „ludowładztwo”.
Dlaczego ważne jest, by choć dążyć do tej równowagi? I do sposobu widzenia polityki jako służby społeczeństwu? Właśnie przez ten wskazany przez Bufona podział i jego wszelkie konsekwencje. Teraz „My” i „Wy’ są wynikiem pewnych procesów mózgowych, skutkujących dość wstrząsającymi efektami. Obawiam się, że za jakiś czas z poziomu umysłów ten podział przejdzie w geny. I wówczas to, co teraz jest pewnym uproszczonym sposobem opisywania podziałów, zmieni się rzeczywiście w utrwaloną różnorodność. Może przesadzam, ale niewiele. Kiedyś napisałem tekst sugerujący, że wróżenie nadejścia budapeszteńskich klimatów może okazać się prorocze. Delikatnie ale jednak, spora cześć tych, którzy są z mojej perspektywy, podobnie jak i kolega Bufon, raczej „Wy” wyśmiało to moje wieszczenie. Fakt, pomyliłem się. Ale pomyliłem się nie w tę stronę, którą oni sugerowali. My od jakiegoś czasu mamy tu u siebie Budapeszt. Jak na razie raczej z czasów Gyurcsány’ego ale już z zarysowującym się dość widocznie podziałem na dwa nienawidzące się madziarskie ludy.
Choć fakt już jest faktem odnoszę wrażenie, że zostało nam coraz mniej czasu by te madziarską przypadłość od nas odwrócić. Ale sądzę, że jest to możliwe. Jeszcze. Póki „Wy” to też ktoś taki jak Bufon a i „My” pewnie też znajdziemy nie jednego zdolnego rozmawiać.
Tylko po co?
Z kilku powodów. Najbardziej prozaiczny jest taki, że Bufonowi może zabraknąć cierpliwości. Następnym jest stosunek ceny, jaką płacimy tym rozdarcie do tego, co jest kupowanym za nią „towarem”. Ten zaś w skali naszej historii, naszej pamięci jest mgnieniem. Nie da się ukryć, że kiedyś zabraknie Kaczyńskiego (ale „Wy” się nie cieszcie z tego tylko pomyślcie co będzie, jak zabraknie) a i Tusk nie jest wieczny (a za nim, o zgrozo, już błyszczą ząbki niecierpliwych sukcesorów).
Najważniejszy zaś jest taki, że jak się nie opamiętamy „My” i jak nie zrobicie tego „Wy”, za jakiś czas namnożyć nam się może i Cybów i, niestety Rosiaków, ktoś może podpali Telewizję Trwam a inny wysadzi się razem z „cała prawdą cała dobę”. A tłem do tego będą fale rechotu to jednych to drugich. „Nas” i „Was”. Niemożliwe? Może kolega Bufon uznać to za prowokację ale przypomnę opisaną gdzieś pierwszą reakcję na wieść o Smoleńsku, zamkniętą w radosnym okrzyku „Nie ma PiS-u!” Jaka to różnica krzyknąć „Nie ma Rydzyka!”, „Czerska się pali!” i takie tam.
Kiedyś pewnie to się i tak skończy. Przecież zawsze zdarzy się jakaś kolejna tragedia. Najlepiej taka, która z taką samą siła przygnie karki „Nam” i „Wam”. Tylko czy naprawdę tego chcemy? Czy naprawdę jest to nam potrzebne?
Ps. Świadomie skupiłem się na „co” a nie na jak. Świadomie też nie odnosiłem się do argumentów Bufona. I sugeruję, by skupiać się na sprawie a nie na licytacji między „Nami” i „Wami” o to, kto co przekręcił a co przemilczał. Bo tak będziemy dreptać w miejscu. Żądać od niego i wszystkich „Was” pokajania się i uznania naszych racji nie zamierzam. Nikt bez walki nie zgodzi się kapitulować. A walka trwa zbyt długo.